Opowiadania

Wciąż pełnia

Jeszcze pełnia

Gdzie jesteś, najdroższa? Szukam cię, dziewczynko z warkoczykami. Szukam najmilsza, najpiękniejsza. Gdzie się podziałaś, co cię porwało?

Błąkam się po biebrzańskich lasach. Biegnę, rozglądam się na boki, uważnie przyglądam – liściom zmurszałym, dotkniętym pierwszym szronem, krzakom – ogołoconym, drżącym, kamieniom na kamieniach. Są tutaj bardziej niż ty jesteś.

Nie widzę cię, dziewczynko, nie widzę. Nie ma cię. Co ci się stało?

Wołam do ciebie – najpierw cicho, drżącym głosem. Wołam cię głośniej: „Chodź do mnie, tęsknię! Chodź, bardzo mi ciebie brakuje”.

Ciebie nie ma. 

Tęsknię do twojej beztroski. Do twojej radości tęsknię, wiesz? Do twoich zachwytów nad śnieguliczką, nad odcieniami jesiennych liści. Chcę cię wziąć za rękę i pójść wraz z tobą poszukać prawdziwków. 

Chcę robić placek drożdżowy z tobą i kogel mogel. Chcę pobawić się w berka i rzucać śnieżkami. Chcę wraz z tobą odkryć na nowo to, co ważne.

Gdy krzyczę – tak, krzyczę! – twoje imię, słyszę w oddali ciche: „tu jestem”.

Och, nogi mnie same do ciebie niosą.

Idę, już idę po ciebie.

Potykam się, upadam. Poocierałam kolana i dłonie. Czy dam radę przed zmierzchem? Czy zdołam do ciebie trafić, nim nastanie noc?

Nie wiem, gdzie jesteś, idę za twoim głosem. Wołasz mnie, a ja wytężam słuch.

Z przerażeniem odkrywam ślady krwi. Idę po śladach, a serce rozrywa mi pierś. Czuję, dziewczynko, że to twoja krew – boli mnie to, co ci uczyniono.

Idę, choć boję się, czy jeszcze żyjesz, bo twoje wołanie ustało.

Idę już wolniej, bo jestem zmęczona. Lecz idę. Idę po ciebie, najdroższa.

Ściemnia się, krew świeci w świetle księżyca. Ona mnie prowadzi. 

Widzę w oddali drewnianą chatę. To tam jesteś, dziewczynko?

Przyspieszam kroku, mimo że idę ostatkiem sił. Na niebie pełnia zagrzewa do boju, dodaje odwagi swoim blaskiem.

Docieram do drzwi i zauważam, że są zabite deskami. Kopię w nie całą swą mocą. Stare, spróchniałe drewno szybko ustępuje, deski rozpadają się na drzazgi.

Gdzie jesteś, Maleńka? Widzę cię, gdy oczy przyzwyczajają się do ciemności.

Leżysz na podłodze. Skulona w kącie, ledwo oddychasz. Ktoś zakneblował ci usta. Dźgnął nożem w brzuch – choć nie za głęboko, skoro nadal żyjesz. Na rękach masz blizny po starych ranach. Kokardy we włosach wypłowiały, a uśmiech zastąpił grymas bólu. Jesteś obwiązana sznurem wpół, a sznur przywiązano do nogi stołu.

Próbuję rozplątać twoje okowy. Myślę, od którego supła zacząć. Boję się, czy zaraz nie zjawi się twój oprawca – nie wiem, ile mam jeszcze czasu.

Metodycznie, powoli, w pełnym skupieniu rozwiązuję kolejne węzły. Na stole dostrzegam zakrwawiony nóż. Stalowe ostrze błysnęło w świetle pełnego księżyca.

Chwytam za nóż i czym prędzej przecinam to, czego nie zdołałam rozwiązać.

Udało się! Biorę cię w ramiona. Jeszcze raz sprawdzam – oddychasz. 

Idę w kierunku jezdni, tam czeka już na nas mój mąż. Odwozi nas do domu.

Gdy jesteśmy u mnie, ostrożnie zdejmuję z ciebie podarty fartuszek. Szykuję kąpiel z dużą ilością piany, taką jak lubisz.

Obmywam uważnie twoje obolałe ciało, zdejmuję z włosów stare kokardy. Przyglądam się każdej twojej ranie i każdej bliźnie. Płaczę i czuję złość na tych, co ci to zrobili. Uważnie przemywam i opatruję świeże skaleczenia.

Nigdy więcej nikt więcej ci tego nie zrobi.

Ostrożnie dotykam twoich skrzydeł. Przecieram je delikatnie, by wydobyć ich naturalny blask i kolor. Biedactwo, nie mogłaś latać, ktoś je podarł – a może się same rozdarły, gdy walczyłaś. Cieniutkie i delikatne jak jedwab, są mało odporne na zranienie. Pewnie trzeba będzie je zacerować.

Wycieram cię puszystym ręcznikiem, ubieram cię w piżamę mojej córki. Zanoszę cię z radością do jej pokoju.

Kładę cię do łóżka, na chwilę się budzisz. Otwierasz oczy. Uśmiechamy się do siebie.

Witaj w domu, Maleńka.

Wstajesz wypoczęta, gotuję ci kakao. Sadzam cię przy naszym stole. Patrzysz na mnie, uśmiechasz się. 

– Co będziemy robić? – pytasz, wpatrując się we mnie z uwagą.

– Och, co chcesz, Maleńka, na co tylko masz ochotę. Możemy polepić figurki z plasteliny, możemy śpiewać, tańczyć… narysuję ci coś fajnego, a potem ty mi narysujesz. Może chcesz poczytać? Albo wiersze układać? Wiesz, możesz wszystko, co tylko zechcesz.

– A zacerujesz mi skrzydła?

– Tak, potem. Najpierw pobądź tu ze mną, pobawmy się trochę, potańczmy do twojej ulubionej melodii.

– Boję się.

– Czego się boisz? Przy mnie nie musisz się już bać. Zapewniam cię, zawsze już będę przy tobie. Już nigdy, przenigdy nie będziesz sama.

Wstaję od stołu, chcę cię przytulić. Dziwię się, bo uciekasz ode mnie przerażona, po drodze przewracając krzesło.

Mebel runął z hukiem, a ja zadrżałam.

Zamykasz się w pokoju. Nie wiem, co robić i co się stało. Przecież chciałam dobrze, myślałam, że się ucieszysz.

Co mam robić, dziewczynko? Pytam cię w myślach, choć dzielą nas tylko drzwi do pokoju córki. Po chwili wahania pukam delikatnie. Nie słyszysz mnie, bo głośno szlochasz.

Wchodzę do pokoju, siadam na łóżku tuż obok ciebie. Leżysz na brzuchu, a głowę chowasz w poduszkę. Zanosisz się płaczem, twoje plecy wznoszą się i opadają.

– Już dobrze, dobrze już, kochana, nie płacz. – próbuję cię pocieszyć, delikatnie wyciągam rękę ku plecom, głaszczę.

Wzdrygasz się. Odsuwam się zatem, zupełnie zdezorientowana.

Siedzę nadal na brzegu łóżka, tkwiąc w niemym zdziwieniu. Dlaczego mnie odtrącasz? Dlaczego nie jesteś wdzięczna, przecież cię uratowałam?

Po chwili podnosisz się, ocierasz łzy, uspokajasz oddech. Patrzysz na mnie oczami, które są zadziwiająco dojrzałe jak na twój wiek. W nich jest mądrość, o którą nigdy wcześniej cię nie posądzałam. Ty wiesz.

– Kłamiesz – mówisz z wyrzutem – kłamiesz i nawet tego nie wiesz.

– Masz rację. Nie wiem. Zaskoczyłaś mnie i czuję się bezradna.

– Bo spójrz tylko, tak spokojnie się zastanów. Jak możesz mi obiecać, że będziesz przy mnie zawsze? Już raz o mnie zapomniałaś.

– Ale wróciłam i uratowałam cię, a ty mi nawet nie podziękowałaś. Wiesz, to nie ja cię tam zamknęłam, to oni.

– Jeśli tak bardzo chcesz to usłyszeć – dziękuję ci. Lecz nie obiecuj tego, czego nie będziesz w stanie spełnić.

– Jak to?

– Nie będziesz przy mnie zawsze, bo kiedyś cię zabraknie. Nie będziesz przy mnie, gdy trzeba będzie zająć się twoimi dziećmi. Nie będziesz wtedy, gdy znów przyjdą oni, a ciebie wciągnie twoje życie. Nie będzie cię wtedy, gdy mnie znów zwiążą – już raz cię nie było. Nie porzuciłaś mnie wtedy, nie porzucisz później. Po prostu stracisz mnie z pola widzenia.

– Dziewczynko cudowna moja! Nigdy cię nie stracę. Będziesz tu mieszkać, wraz z moim mężem – on cię kocha, przywiózł cię do domu. Zapoznam cię z moimi dziećmi, będziesz z nimi pisała kredą po ścianach, bawiła się w berka, skakała w gumę… – znów próbuję cię przytulić, wziąć w ramiona.

Lecz odsuwasz się na drugi koniec łóżka – celowo, bym nie mogła jednym ruchem do ciebie dotrzeć.

– Czy ty tego nie widzisz? Nie widzisz tego? Nie jestem wam do niczego potrzebna. Ja mam swoje drogi do przejścia, a ty swoje. Ty jesteś tutaj, ja gdzie indziej zmierzam.

– Dokąd chcesz pójść? Zostań z nami, tu jest twój dom.

– Nie mogę. Wiem, że mnie kochasz. Więc pozwól mi odejść.

Z ciężkim sercem wychodzę z pokoju. Zupełnie nie rozumiem, o czym do mnie mówisz. Przecież chcę dać ci wszystko. Całą moją miłość i uwagę. Pragnę, byś została moją drugą córką, chcę być dla ciebie matką. O co ci chodzi? W moim domu będzie ci najlepiej. Będziesz bezpieczna.

Chwilę patrzę w dal, na to, co za oknem. Zastanawiam się nad tym, co do mnie mówiłaś. Podejmuję decyzję.  Zrobię, jak chcesz. Zaufam twojej mądrości. Biorę szpulkę nici. Idę do pokoju córki.

– Czy nadal chcesz odejść? – pytam, wiedząc już, jaka będzie odpowiedź.

– Tak, chcę – odwracasz się do mnie. Stanowczość w twoim głosie jest dorosła.

– Dobrze więc. Ale obiecasz mi coś, proszę?

– Co takiego?

– Wróć zawsze, gdy będziesz mnie potrzebować.

– Dobrze, wrócę. Coś jeszcze?

– Już nic. Chodź, usiądź przy mnie. Zacerujemy skrzydła.

Spokojnie, szew po szwie, bardzo dokładnie, zszywam rozdarcia. Dopytujesz mnie, jak to się robi. Ćwiczysz przy mnie swoje pierwsze ściegi.

Ściemnia się, cały dzień minął nie wiadomo kiedy. Zerkam w stronę okna. Na niebie lśni pełnia. W pewnym momencie wydaje mi się, że księżyc mruga do mnie. 

– Księżyc ciągle w pełni – zauważasz.

– Tak, jeszcze pełnia – potwierdzam.

Wstajesz, rozpościerasz skrzydła. Ich wygląd odbiera mi mowę. Błyszczą satynowym blaskiem tysięcy barw, które tworzą oszałamiającą kompozycję. Są znacznie piękniejsze niż je zapamiętałam. Na twojej twarzy pojawia uśmiech, w twoich oczach widzę szczęście i spokój.

Pomagam ci otworzyć okno. Stajesz na parapecie. Odwracasz się do mnie. Kucasz i obejmujesz mnie za szyję, a ja w tym czasie wkładam ci do kieszeni spodni szpulkę nici wraz z igłą. 

Odrywamy się od siebie. Obie mamy mokre oczy.

– Dziękuję. Lecę. Dobrze, że wciąż pełnia. Oświetli mi drogę.



Nie ma jeszcze komentarzy

Zostaw komentarz

Accessibility
Font Resize