Refleksje

Efekt chirurżki, czyli jak zostałam feminazistką

Zaczęło się dosyć niewinnie. Na jednym z fanpejdży traktujących o książkach i szeroko pojętej literaturze, jego właścicielka, absolwentka filologii zresztą, z dużym zadziwieniem i rozbawieniem skomentowała podpis pod zdjęciem wyłowionym w sieci: lekarka taka a taka, chirurżka pediatryczna. No jak to, chirurżka? Brzmi dziwacznie, prawda? Pytała swoich czytelników.

Wciągnęłam się w komentarze, choć bardzo rzadko to robię – wciąż zbyt wiele smakowitych kąsków do przeczytania i przetrawienia, by dyskusje internetowe mnie bawiły. Ale spytałam, czy takie samo dziwne uczucie towarzyszy filolożce, gdy mówi o nauczycielkach, potem ktoś dodał, że przecież żeńskie derywaty istnieją w naszym pięknym, elastycznym języku od wieków… Moje pytanie nie doczekało się, niestety, odpowiedzi, a właścicielka fanpejdża przyznała, że formy żeńskie rażą ją estetycznie. Nie wie zapewne, że estetyczne postrzeganie języka zmienia się w zależności od częstotliwości danej formy. Być może zapomniała, że wyraz „kobieta” jeszcze w XVII w. był określeniem obraźliwym i stosowanym jako wyzwisko. Cóż, takie czasy, że absolwenci i absolwentki filologii nie lubią zanurzać się pod powierzchnię języka. Ją śmieszy, dziwi – i tyle.

Ale najlepsze było potem. Nie oparłam się pokusie, niestety, i weszłam w dyskusję, która już z językiem wiele wspólnego nie miała. Okazało się bowiem, że nazwy żeńskie – psycholożka, chirurżka, architektka są w gruncie rzeczy nie tyle nieestetyczne, co… upokarzające, wstydliwe, pokraczne, nie licujące z prestiżem zawodowym.

Dziwnie mi było i nieswojo. Ta sytuacja pokazała mi bowiem, jak mało w nas samych szacunku do siebie. Skoro nazwa obraża nas tylko dlatego, że sugeruje płeć i skoro bardziej godnie brzmi wszystko, co ma męską końcówkę – oczywiście poza pielęgniarką i nauczycielką, poza fryzjerką i opiekunką – jak możemy domagać się szacunku od mężczyzn? Jak jesteśmy w stanie udawać i utrwalać przekonanie, że „możemy wszystko”, skoro nawet nie mamy prawa nazywać zawodów połączonych ze społecznym prestiżem kobiecymi mianami?

Niezbyt parlamentarnie napisałam, że wieje z tej strony szowinizmem – bo wszak szowinizm to czystej postaci: umniejszanie znaczenia kobiet jako ekspertek, jako osób o wysokiej zawodowej specjalizacji, mających wpływ na swoje otoczenie i zdobywających edukacyjne laury. 

Język jest niezwykle elastyczny i odzwierciedla pewne społeczne tendencje. Nie jest tak, całe szczęście, że jesteśmy w stanie te tendencje zahamować, a słowo „chirurżka”, „redaktorka”, „pisarka” również wejdą do obiegu jak tylko coraz więcej kobiet będzie specjalizowało się w tych, niegdyś męskich, zawodach. O to jestem spokojna.

Bardziej martwi mnie fala jadu, która z nas się wylewa, a jest obrazem naszej podświadomości. Tak, jako chirurżki i profesorki nie czujemy się wystarczająco dobre. Nasze ego musi być podbudowane męskim pierwiastkiem, męska proteza trzyma w ryzach nasz lęk przed tym, że oszustwo się wyda i że tak naprawdę nie zasługujemy na nasze sukcesy zawodowe. 

Bo miejsce kobiety jest w domu, prawda? 

Koniec końców, dyskusja stanęła na tym, że pani komentująca woli być „szowinistką niż feminazistką”.

Ja wolę odwrotnie. Nazywajcie mnie jak chcecie, jednak zawsze będę tropić tego typu masochistyczne skłonności do odbierania kobietom wartości i chwały, odbierania tego, o co tak dzielnie zabiegamy przez wiele dziesiątek lat.

Jestem kobietą, pisarką, copywriterką, redaktorką a nawet – feminazistką, jeśli feminazizm polega na bronieniu naszej kobiecej godności i poczucia własnej wartości.

Jeśli bliskie Ci jest moje widzenie świata, zajrzyj na Fejsbukową Pełnię.

Uważasz wręcz przeciwnie niż ja? Zapraszam do dyskusji!



4 komentarze

  • Karolina

    A ja dzisiaj czytałam również bardzo trafny komentarz, ze używanie formy żeńskiej w każdym możliwym słowie to próba zaprzeczenia, ze kobieta jest istota ludzka.

    Odpowiedz
    • Małgosia

      O, to bardzo ciekawa hipoteza. Szkoda, że nie zostawiłaś linku.

      Odpowiedz
  • Szczęśliwa Siódemka

    Masz sto procent racji!
    Ja przyznam, że często formy żeńskie mi „nie brzmią”. Ale przemawiająca za nimi argumentacja całkowicie mnie przekonała. One nie brzmią, bo nie jesteśmy do nich przyzwyczajeni. Nie jesteśmy z nimi osłuchani. Poza tym funkcja estetyczna bynajmniej nie jest podstawową funkcją języka 🙂 Jest wiele słów, które mają nieładne brzmienie, ale nikt ich ze słowników nie usuwa 🙂

    Odpowiedz
    • Małgosia

      Martyna, dokładnie! Jest tak dużo brzydkich, szkaradnych wręcz słów, że aż mnie zadziwia dopominanie się o urodę estetyczną akurat żeńskich form zawodów… Poza tym – to wszystko kwestia przyzwyczajenia.

      Odpowiedz

Zostaw komentarz

Accessibility
Font Resize