Refleksje

Życie jest po to, by kochać się


Piszę te słowa, gdy w Polsce trwa strajk nauczycieli. Uściślijmy: nauczycielek, kobiet, bo to niezwykle sfeminizowany zawód. W związku z kolejną walką kobiet, jaką przychodzi mi obserwować, przyszło mi do głowy kilka smutnych refleksji.

Kilka dni temu uczestniczyłam w energetycznym spotkaniu, zorganizowanym w siedzibie „Gazety Wyborczej” pod hasłem „Kobiety wiedzą, co robią”. Padło tam wiele ważnych, mądrych słów. Krzysztof Strycharski, mąż Henryki Krzywonos, zacytował fragment jednego z moich ulubionych wierszy Olgi Jackowskiej:

Nie wyobrażam sobie miły
Abyś na wojnę kiedyś szedł 
Życia nie wolno tracić miły 
Życie jest po to, by kochać się

I tu właśnie zaczyna się mój dysonans poznawczy, który trwa i trwa, i nie chce się skończyć. Bo przecież my nie wysyłamy na wojnę naszych „miłych” – my, kobiety, same walczymy. Wiecznie walczymy. I ta walka nas cholernie męczy.

Od pokoleń, naznaczonych wojną, funkcjonujemy w trybie „walcz lub uciekaj”, w trybie podwyższonej gotowości na negatywne zdarzenia. 

Walczymy jako matki – z systemem ochrony zdrowia, ze szczepieniami, przeciwko antyszczepionkowcom, z „madkami”, które udzielając dobrych rad przekraczają nasze granice, z babciami, podkarmiającymi słodkim, z dziwnymi wymaganiami nauczycieli. Ciągle ten sam tryb – ochrony ukochanego dziecka. Mam małe dzieci, a już teraz na palcach jednej ręki nie policzę, ile za mną sytuacji kuriozalnych, nieprzyjemnych, w których byłam postrzegana jako ta roszczeniowa, domagająca się, irracjonalna. Stoczyłam wiele bitew ze względu na trudne początki moich dzieci. Po żadnej z nich nie miałam czasu na regenerację. Poprawiałam koronę i szłam dalej naprzód – jak czołg, jak taran. A nim nie jestem, bo macierzyństwo nie odejmuje wrażliwości. Przeciwnie – jeszcze bardziej uwrażliwia i czyni nas podatnymi na ciosy.

Walczymy jako pracownice – o godność, o równe traktowanie, o ochronę własnych praw pracowniczych i obywatelskich. Ileż za mną wyborów – zachowaj się asertywnie albo możesz pakować swoje rzeczy. Ileż za mną rozmów z koleżankami, w których namawiałam je do szacunku do samych siebie, a one odpowiadały mi, że raty się same nie spłacą. Ile konfliktów na poziomie wartości… Ile sytuacji, w których mdliło mnie ze zmęczenia, po wypełnieniu obowiązków, które powinny były być wykonywane na co najmniej dwóch etatach. A potem snu – niespokojnego, nerwowego, naznaczonego obawą, czy aby wszystko w pracy wykonałam w stu procentach dobrze.

Nakładamy zbroję, by w razie czego mieć w zanadrzu ciętą ripostę – by odpowiedzieć błyskotliwie koledze, gdy kolejny raz nawiąże do naszej zgrabnej pupy czy długich nóg. Walczymy o siebie, gdy partner zarzuca nam, że „nic nie robimy na macierzyńskim, mogłybyśmy chociaż dom ogarnąć”. Udowadniamy wytrwale, że urlop macierzyński to nic innego niż oksymoron – coś w rodzaju gorącego lodu czy mądrej minister edukacji.

Robimy to zupełnie bez świadomości, ile nas ta walka kosztuje. Jeśli całe życie spędzamy na wojnie, odnosimy rany, cierpimy na zespół stresu pourazowego i jesteśmy wykończone. Tak jak żołnierze.

Jednak, w przeciwieństwie do nich, nie dostajemy medali, nie mamy swoich dni chwały. W najlepszym przypadku jesteśmy dumne, że godnie przeżyłyśmy życie. W najgorszym – umieramy po długim okresie depresji, hipochondrii, cierpienia. Bo „nikt nie docenia”, dzieci i wnuki mają swoje życie, a nam nie ma kto szklanki wody podać na starość.

Kobiety strajkują. Choć bardzo im kibicuję, również współczuję. Tak wiele je kosztuje ten protest w społeczeństwie, które wypomina im legalny strajk, upominanie się o godną płacę i dobrą reformę polskiej edukacji. Ileż trzeba mieć siły, by znieść szkalowanie, podłe, nieprzyjemne słowa i szantaż emocjonalny wyświechtanym „dobrem dziecka”. Tak jakby nie o dzieci nasze chodziło i o ich edukację, o to, by w zawodzie zostali mądrzy, dobrze wynagradzani specjaliści i specjalistki.

Mam nadzieję, że nauczycielkom dane będzie odpocząć po tej wojnie.

I nigdy już nie będę dumna z siebie jako wojowniczki, nie będę się szczycić wygranymi bitwami. Nie o walkę w życiu chodzi. Życie jest po to, by kochać się.

Tekst dedykuję Edycie Niewińskiej, pisarce, która widzi więcej. Dziękuję Ci za wszystkie nasze rozmowy. Wyrośnie z nich niejedno.

Edyta i ja w naszym naturalnym stanie bytu 😉

Podobało Ci się? Zapraszam na fejsbukową Pełnię. Podaj tekst dalej, jeśli uznasz go za wartościowy.



8 komentarzy

  • Aleksandra Załęska

    Dokładnie, tak jak napisałaś – życie jest po to, aby się kochać. Choć zgadzam się, że my kobiety ciągle musimy coś udowadniać, coś komuś pokazywać, pokazywać naszą wartość. Nawet jeśli bardzo siebie kochamy i jesteśmy pewne siebie, w każdej chwili ktoś inny może nam powiedzieć, ze jednak tak nie jest i zburzyć świat misternie budowany…

    Odpowiedz
    • Małgosia

      Rzecz właśnie w tym, by nie burzył… by oprzeć nasz świat – ten wewnętrzny również – na solidnych podstawach. Czasem nawet wybudować go na nowo, na skale, nie na piasku.

      Odpowiedz
  • Ania

    W przypadku strajku nauczycieli zgadzam się z Tobą w 100%. To nam powinno zależeć na tym, aby nasze dzieci uczyły osoby, które nie zostały nauczycielami, bo nie udało im się znaleźć lepszej pracy, a tak się właśnie skończy, jeśli dobrzy nauczyciele nie zaczną być godnie wynagradzani. Jest jednak jeszcze rugi aspekt wpisu, czyli nasze osobiste, „damskie” wojny… Tutaj zgodzę się tylko w 70%…

    Odpowiedz
    • Małgosia

      W 70%? Hm, to też dużo :). Jednak zaintrygowałaś mnie tymi 30% niezgodności :).

      Odpowiedz
  • blogierka

    Piękny tekst Małgosia i zgadzam się z przesłaniem w 100%!

    Odpowiedz
  • Szeptem Pisane

    Jessssu, dziewczyno!!! To tak jakbym sama napisała, myślę identycznie! Pozdrawiam, twórcza bratnia dusza, wojowniczka z sercem na dłoni, zmeczona walką czynna zwolleniczka sisterhood, Anka Szamanka 🙂

    Odpowiedz
    • Małgosia

      Pozdrawiam serdecznie, Siostro! I dziękuję za uskrzydlający komentarz :).

      Odpowiedz

Zostaw komentarz

Accessibility
Font Resize