Opowiadania

Robił, co chciał

Patryk robił, co chciał. Zawsze mi tym imponował, bo ja zupełnie przeciwnie – robiłam, co należało zrobić.

Jako typowa grzeczna uczennica – z kokardami większymi od głowy, z wypiekami na twarzy, gdy tylko otrzymałam kolejne intelektualne wyzwanie, z listą książek do przeczytania, z, z… patrzyłam na niego z podziwem. I zazdrością. Że tak można – być poza systemem, poza kolejnością, poza ramami, że można wyjść z obrazka. I nic sobie z tego nie robić.

Doszedł do naszej klasy jako drugoroczny. To dodawało mu atrakcyjności w moich oczach, bo wydawał się starszy i dojrzalszy od chłopców w klasie. Był przystojny, jeśli tak można mówić o dziecku. Moje ledwo budzące się hormony dostrzegały w nim zadatki na atrakcyjnego mężczyznę. Szczupły i wysportowany, wyćwiczony na wszystkich trzepakach osiedla, na murkach, na dachach garaży, na bieżniach miejscowego stadionu. Umięśniony po nocach spędzanych na siłowni, którą własnym sumptem zorganizowali z kolegami w jednej z piwnic naszego osiedlowego molochu. Włosy miał czarne, gęste, twarz ogorzałą od częstego przebywania na powietrzu, na niej piegi. Ale i tak najpiękniejsze w nim były oczy – niebieskie, jakby podkolorowane soczewkami, o których istnieniu nie miałam jeszcze wtedy pojęcia. 

Chyba mnie lubił, a może go po prostu intrygowałam. Wyróżniałam się przemądrzałością i tym, że chlapałam co mi ślina na język przyniosła. Lubiłam oznajmiać moje mądre mądrości i nie przejmowałam się, co inni powiedzą. Czułam się dobrze w roli tej, która wie wszystko, wręcz się w niej zatracałam. Patryk uwielbiał spuszczać powietrze z mojego balonika samozachwytu. Wbijać szpilkę w najmniej spodziewanym momencie. Robił to jednak w delikatny sposób, czym zawsze doprowadzał mnie do śmiechu. Nie był złośliwy – raczej zaczepny, dyskretnie pokazujący swój dystans do mojego poważnego świata, w którym już w siódmej klasie liczyła się średnia ocen i plany na przyszłość.

Pamiętam sytuację, gdy dostałam zupełnie niezasłużenie tróję z matmy, bo matematyczce źle się policzyły procenty ze sprawdzianu. Siedzieliśmy potem na parapecie w szkolnym korytarzu, co było moją małą rebelią. Jednym z głównych punktów regulaminu spędzania czasu poza lekcjami był całkowity zakaz okupowania parapetów. Wylewałam właśnie swe żale, Patryk jadł bułkę z serem typu salami. Między jednym kęsem a drugim doradził mi, bym patrząc na belferkę wyobraziła ją sobie nago. Bardzo mi się spodobał ten sposób słodkiej zemsty. Stosuję go do dziś.

Czasami przeginał. Jak wówczas, gdy napisał kredą wielkimi literami na wiadukcie prowadzącym do szkoły: M. Żurawska to kujon. To o mnie było. Nie wahałam się naskarżyć na niego wychowawcy, oczywiście publicznie, bo nigdy nie kablowałam skrycie. Przed całą klasą wskazałam winowajcę, wcześniej przeprowadzając małe śledztwo – któż, ach któż to mógł się ośmielić mnie, pannę przemądrzałą, nazwać pospolitym kujonem? Nie zdziwiłam się, że to on, choć bardzo rozczarowałam. Myślałam, że od czasu nagiej matematycy trzymaliśmy sztamę.

Nieraz słyszałam, że palił papierosy pod budką, która stała na terenie szkoły i nie wiadomo czemu służyła. Jakby stworzona na miejsce schadzek. Podobno zaczął w grę wchodzić alkohol. Może nawet narkotyki, lecz do takich wieści nie miałam dostępu.

A najbardziej, tak najbardziej, zazdrościłam Patrykowi matki. Nie miał ojca, w tamtych czasach się o tym nie rozmawiało – umarł, uciekł, nie istniał… nie pytaliśmy, a Patryk nie mówił. Jednak jego matka, a raczej Matka, to był prawdziwy wulkan energii, Kobieta-Rakieta, Zjawisko, Eksperyment i Efekt w jednym. Powiedzieć o niej Piękna, to nic nie powiedzieć, że tak frazą Pilcha się posłużę. Powiedzieć Powabna to mało, Zjawiskowa – mało. Ciągle mało! Gdy szła korytarzem do gabinetu dyrektora (czasem podejrzewałam, że wzywał ją tylko po to, by napawać się jej widokiem) – świat wokół zamierał. W tle dzwoniły dzwony, wszystkie oczy w nią wpatrzone, głowy odwrócone nawet, bez przesady, o 180 stopni.

Nie była człowiekiem, była cudem natury w pięknym opakowaniu. Włosy miała czarne jak heban, skórę białą jak mleko, policzki różowe jak płatki róży – uroda królewny Śnieżki, lecz w środku płonący seksapil. Do tego nosiła się tak, że niejedna z naszych matek wydawała z siebie jęki z zazdrości. Podczas gdy one zbierały skrzętnie dolary, by móc pozwolić sobie na parę dżinsów w Peweksie raz na rok, matka Patryka zmieniała płaszcze Mody Polskiej przynajmniej co sezon. I nie pachniała Panią Walewską ani szamponem Zielone Jabłuszko, lecz jakimiś francuskimi perfumami. Po latach skojarzyłam, że zapach unoszący się za nią na korytarzu nie był niczym innym niż Chanel numer pięć.

I jej śmiech. Perlisty, radosny, młodzieńczy. Zarażał. Mało tego, przydawał jej sympatii i sprawiał, że nawet kobiety nie były w stanie żywić do niej wrogich uczuć. Był jak wisienka na torcie urody, energii i radości życia. 

Patrząc na matkę każdy nauczyciel się dziwił, dlaczego syn taki nieudany, mało zdolny, leniwy. Dlaczego mu nie zależy? Bo Patryk zawsze wpatrywał się w swoje brudne paznokcie, gdy ona przychodziła, a na jego twarzy błądził dziwny uśmieszek – ni to lekceważenia, ni zakłopotania. Nie znosił wizyt rodzicielki w szkole, zdarzało się, że zamykał się w łazience z nieżytem jelit. Gdy dyrektor wzywał go do siebie, by wytłumaczył swoje niegodne występki w obecności jedynego rodzica, Patryk w popłochu biegł do pielęgniarki szkolnej – cierpiąc na nagły atak gorączki, niestrawności, kolki.

–  Patryk, znowu tu była, ta twoja stara – kolegom zdarzało się zagwizdać z podziwem, gdy wracał chłopak wracał z gabinetu.

–  Zamknij się – cedził przez zęby. Po czym wchodził do klasy, milczący, markotny. Przepraszał karnie nauczycielki, koleżanki, robił wszystko to, czego oczekiwało od niego ciało pedagogiczne. Oddawał procę razem ze skobelkami i przyrzekał, że już nigdy nie będzie strzelał dziewczynom w nogi uwięzione w modnych wtedy legginsach z lycry. Solennie obiecywał poprawę. I starał się zachowywać kolejny miesiąc, co mu wychodziło jako tako przez co najmniej dwa tygodnie. Do następnego razu.                                                                             

Nikt się specjalnie nie zastanawiał, dlaczego unikał swojej matki. W ogóle, rzadko wnikaliśmy wzajemnie w swoje nastroje. Żyliśmy chwilą. Czasem snuliśmy jakieś plany, na zasadzie, że za dziesięć lat się hajtniemy, będziemy mieli jakichś mężów, żony, że nareszcie starzy się od nas odpieprzą.  Wyobrażaliśmy sobie jak walniemy słowem w twarz znienawidzonej historycy, że prawie zniszczyła nam życie, ale na szczęście jej się nie udało. Ale na ogół siadaliśmy na murku pod klatką, jedliśmy słodkie batony, jakieś Milky Waye, które dopiero pojawiły się na rynku, piliśmy oranżadę i prowadziliśmy rozmowy na temat wyższości Rocky’ego nad Rambo lub odwrotnie. Oprócz tego, ja sporo czytałam, ale nie chwaliłam się tym dziwacznym hobby. Nikogo to nie interesowało, a ja aktywnie dbałam o to, by zetrzeć z siebie szkolny, zupełnie zbędny poza budą, wizerunek prymuski.

Pewnego letniego wieczoru, gdy nudne wakacje dobiegały końca, wpadliśmy na kretyński pomysł. Cały czas spędzaliśmy na murkach, w chaszczach, nad rzeką z dziurawym mostem, na liczeniu płyt chodnikowych, które właśnie zmieniły morze błota na osiedlu we w miarę cywilizowane podłoże, na piwie wypitym pod nieobecność rodziców i opróżnianiu zapasów barku u kolegi, co miał tatę zagranicą. Odurzeni piwem Specjal z naszego lokalnego browaru, chłopaki postanowili trochę podokuczać Patrykowi, który raził ich oczy nowiutkimi adidasami. Nie chciał powiedzieć, skąd je ma, a chłopaków nagle zaczęła drażnić skrytość, którą miał w zwyczaju. Trochę się zaczęli obijać na łące nieopodal zabudowań naszego osiedla, podgryzać się jak młode wilki. Patryk jednak niespecjalnie miał ochotę na bójkę i chciał skończyć całe zajście.

–  Dobra, chłopaki, kończymy to. Nie wiem, skąd te buty, matka mi dała. Wyluzujcie. – Patryk usiłował jeszcze zachować twarz i skończyć temat polubownie. Dla podkreślenia tego, że buty jak buty, nic wielkiego, kopnął sporą grudkę ziemi, która rozmiękła po sierpniowych opadach.

–  Mamusia dała syneczkowi, tak? A co tam ci jeszcze daje, niuniuniu…? – patrzyłyśmy z moją przyjaciółką z niedowierzaniem, bo do tej pory nie zdarzały się w naszej paczce tego typu uszczypliwości. Siedziałyśmy na łące, nadal trzymałyśmy w zębach źdźbła trawy, lecz coraz bardziej wyczuwałyśmy napięcie i zastanawiałyśmy się, czy nie iść do domu. Tym bardziej że zbliżała się pora snu, poprzedzonego rytualnym ochrzanem od rodziców „znów tak późno wracasz”.

–  A dostajes kaskę z mleckiem? Od mamusi – gruby Eryk cieszył się, że nie z niego tym razem się nabijają.

–  A jakbyś wszedł na ten słup i spadł, mamusia by do piersi przytuliła? – nawet nieśmiały Krzysiek  odważył się spytać, widząc, że Patryk nie reaguje, stoi w ich kręgu bezbronny, zdezorientowany. 

Wszyscy spojrzeliśmy na słup wysokiego napięcia, który stał kilka kroków za nami. Nie był niczym zabezpieczony, a drabinka z metalowych prętów prowadziła na sam szczyt.

Nagle Olce się coś w głowę stało, jakiś nagły, silny impuls kazał jej działać. Krzyknęła:

–  Patryk, wchodź! Pokaż, na co cię stać! 

Może chciała, by udowodnił jej swoje uczucie? Pragnęła sprawdzić, czy dla niej to zrobi? Wszystkie widziałyśmy, jak na nią patrzył. Słyszałyśmy drżenie głosu i dostrzegałyśmy dziwną nieśmiałość, gdy się do niej zwracał. Czasem aż komicznie wyglądało jego unikanie przebywania sam na sam z Olką. Coś ewidentnie było na rzeczy. Czy chciała zdobyć nad nim ostateczne zwycięstwo? Oczekiwała, że zgodzi się i zademonstruje z całą mocą, że dla niej zrobi wszystko.

–  Patryk, Patryk, Patryk! – zaczęliśmy krzyczeć jak szaleni.

–  Debile – mruknął, splunął i poszedł, nie oglądając się za siebie. My również rozeszliśmy się w milczeniu, świadomi, że nasze zachowanie było co najmniej kretyńskie. Jednak z chwilą przekroczenia progów naszych domów zapomnieliśmy o sprawie.

Około drugiej w nocy obudził nas dźwięk karetki. Oczywiście, całe osiedle wyległo na zewnątrz – noc była ciepła, w sam raz na takie atrakcje w okresie nudnych skądinąd wakacji.

Coś mnie tknęło, by wyjść za blok – na tę łąkę, miejsce naszej niefortunnej akcji. Nie pomyliłam się. Karetka właśnie stamtąd odjechała na sygnale. Wróciłam do domu, trzęsąc się cała, Wiedziałam, że coś się stało Patrykowi, czułam to w każdej komórce ciała. Nie mogłam zasnąć, bardzo cierpiałam. Modliłam się do Boga, do Aniołów i Wszystkich Świętych, zmówiłam kilka zdrowasiek i uroniłam kilka łez w jego intencji.

Rano mój tata wrócił z dyżuru. Czekałam na niego przy drzwiach od godziny.

–  Co się stało? Co się stało? – zarzuciłam go nerwowymi pytaniami.

–  Spokojnie, poczekaj – tata ćwiczył moją cierpliwość. Był bardzo zmęczony po trzech dobach na OIOMie, gdzie pracował jako starszy asystent – chirurg i anestezjolog. Zdjął buty, zaparzył sobie herbatę, posłodził, pomieszał łyżeczką. Usiadł przy kuchennym stole. A ja zagryzałam kłykcie rąk, by nie wybuchnąć płaczem. Histeria nie była wskazana, jeśli chciałam zdobyć konkretne informacje. Twój kolega z klasy, Patryk Kowalski, ma ciężkie obrażenia głowy. Zabraliśmy go nieprzytomnego z łąki. Miał kupę szczęścia, bo znalazł go ten nasz pijaczek spod piątki, Celiński. Wracał z imprezy. Gdyby ktoś go zauważył rano, już by nie żył. Spadł z dużej wysokości. Co mu do głowy strzeliło, by się wspinać na ten słup? – tata pokręcił głową z niedowierzaniem.

–  Ale będzie żył?

–  Córcia, nic ci jeszcze nie powiem. Będzie albo nie będzie. Ma silny organizm, młody jest. Mam nadzieję, że przeżyje. I tego się trzymaj – tata podszedł do mnie, zwichrzył włosy pieszczotliwym gestem.

–  Kładź się spać. Będzie dobrze. – powiedział jeszcze, widząc, że bardzo mnie ta wiadomość przygnębiła.

Ociągając się, poszłam do łóżka. Choć zjadały mnie wyrzuty sumienia, zasnęłam wkrótce, wyczerpana, kamiennym snem.

Zbudziłam się około dziesiątej. Podsłuchałam rozmowę, która toczyła się za ścianą. Mieszkania wtedy tak budowano, że słychać było kaszlnięcie u sąsiadów, a rozmowy w tym samym lokum nie dało się nie słyszeć.

–  …z tym Patrykiem z klasy Gosi dziwna sprawa. Matka nie przyszła do niego, więc posłali do domu kogoś z policji. Podobno leżała wpatrzona w jeden punkt, nie było z nią kontaktu. Całe mieszkanie zawalone ciuchami, drogim sprzętem.

Potem rodzice za głośno słuchali telewizji, bo akurat była powtórka „Dynastii”. Szlag, wytężałam słuch, lecz nic nie zdołałam odcyfrować. Ich słowa skutecznie zagłuszały dramatyczne dialogi płynące z telewizyjnego pudła.

Patryk po dwóch tygodniach doszedł do siebie. Wylizał się, silny młody organizm zawalczył o życie. Na szkolnych korytarzach słyszałam szepty nauczycielek, które patrząc na Patryka ze współczuciem mówiły między sobą o cyklofrenii.

Dopiero po latach dowiedziałam się, co znaczy to dziwne słowo. I że teraz tak się mówi o chorobie afektywnej dwubiegunowej.

A Patryk? Poradził sobie. Poszedł do wojska, podobno bywał w więzieniu. Ale wyszedł na ludzi. Podobno.

Chcesz więcej podobnych klimatów? Kliknij tutaj.

A jeśli dobrze Ci w Pełni, polub mój fan page, gdzie dzieje się dużo więcej.



22 komentarze

  • Madka roku

    Bardzo podoba mi się twój styl opowiadania historii. Świetne. Dobrze napisane, nie za dużo opisów, których nie cierpię, bez zadęcia. Zabieram się dziś za inne Twoje opowiadania, bo tym mnie urzekłaś.

    Odpowiedz
    • Małgosia

      Bardzo dziękuję 😊.

      Odpowiedz
  • Kamila

    Az sie zaczytalam….chetnie czytalabym jeszcze, bardzo fajny styl masz 🙂

    Odpowiedz
  • Czarna Skrzynka

    […] „…. przypomniałam sobie historię innego małego chłopca, który bardzo chciał być odważny”…. Czyżby to ten chłopiec? 😉

    Odpowiedz
    • Małgosia

      To nie ten chłopiec 😀. Lecz takich bohaterów wielu było w moim dzieciństwie. To taki czas był, trudny czas dorastania.

      Odpowiedz
      • Czarna Skrzynka

        No taaaak…. W pewnym wieku każdy chłopiec musi być odważny! 🙂

        Odpowiedz
        • Małgosia

          Każdego czeka próba odwagi :). I dziewczynkę też.

  • Kasia

    To opowiadanie od razu wciąga! Historia niestety przykra, nigdy nie wiemy, co się naprawdę dzieje za wypielęgnowaną fasadą pozorów

    Odpowiedz
    • Małgosia

      To prawda – a ja bardzo lubię dociekać, co się kryje za drzwiami mieszkań, jakie tajemnice kryją basze domy…

      Odpowiedz
  • Agnieszka

    Super! Przeczytałam całość w napięciu. Gratuluję i pozdrawiam serdecznie

    Odpowiedz
    • Małgosia

      Dziękuję! Pozdrawiam ciepło 😀.

      Odpowiedz
  • TosiMama

    Dobrze napisana historia, z przyjemnością przeczytałam!

    Odpowiedz
    • Małgosia

      Bardzo mnie to cieszy 😀.

      Odpowiedz
  • Aneta

    Masz lekkie pióro, wciągająca historia, podoba mi się Twój sposób narracji 🙂

    Odpowiedz
  • Marlena Puchalska-Zaguła

    Świetne opowiadanie, choć zakończenie dość przykre. Wciągnęło mnie tak skutecznie, że nawet nie zauważyłam kiedy dotarłam do końca.

    Odpowiedz
  • Weronika

    Przepięknie napisane, choć smutna historia.

    Odpowiedz
  • pożeram strony

    Masz świetnie pióro. Lekko Ci to wychodzi i pięknie.

    Odpowiedz
  • Hamak Life

    Ciekawa, dobrze napisana historia. Miałam wrażenie, że to fragment książki i powiem Ci, że chętnie bym przeczytała taką powieść osadzoną w latach 80- tych.

    Odpowiedz
  • JackieDubb

    Wciągające:)super styl. Bardzo mi się podoba

    Odpowiedz
  • Karolina

    Podoba mi się historia… Dobry pomysł na dłuższą historię 🐱

    Odpowiedz

Zostaw komentarz

Accessibility
Font Resize