Recenzje

Samych siebie nie znosimy – recenzja “Tirzy” Arnona Grunberga

Siedzi we mnie ta książka i wyjść ze mnie nie może. Wydawnictwo Pauza wie, jak zapisać się w pamięci czytelnika. Kolejny raz pozostawiono mnie z refleksją, którą muszę się podzielić. By mniej bolało.

Tego szukam w powieściach – rozszerzenia perspektywy, zdobywania wiedzy na temat tych światów, których jeszcze nie dotknęłam. Rozciąganie umysłu boli niemal fizycznie, jak rozciąganie mięśni. Lecz tego właśnie oczekuję po literaturze współczesnej. Przeżywania historii, które nie stały się moim udziałem. Katharsis – oczyszczenia z emocji, które wydobywam z podświadomości. Które jakiś człowiek, gdzieś na drugim końcu świata, z innym spojrzeniem, inną historią życia i przy pomocy talentu – przekazał na kartach książki.

Przeczytałam cztery książki Wydawnictwa Pauza – każda zostawiła we mnie ślad. Każda, o czym należy wspomnieć, jest genialnie przetłumaczona. „Legenda o samobójstwie” Davida Vanna pokazała, jak boleśnie nasze czyny wpływają na losy najbliższych, „Pierwszy bandzior” Mirandy July dał mi wgląd w psychikę kogoś, kto potrzebuje miłości i akceptacji tak bardzo, że skłonny jest znieść każdy ból i upokorzenie, „Nasz chłopak” Daniela Magariela wycisnął ze mnie łzy współczucia. Opisana tam historia dwóch chłopców – ofiar przemocy psychicznej i fizycznej rodziców oraz nałogu ojca kazała mi po raz kolejny skonstatować, że rodzicielstwo nie jest dla wszystkich. I że pewni ludzie zwyczajnie nie powinni mieć dzieci.

Ale to najnowsza „Tirza”, ach, „Tirza”, całkowicie mnie rozmontowała. Czuję się rozbita na części, zdefragmentowana. Cierpię, lecz jest to dobre cierpienie – wznoszące mnie na inny poziom poznania. Arnon Grunberg, pisarz holenderski mieszkający w Nowym Jorku, zdołał w jednej powieści wyrazić niemal wszystkie lęki, fobie, przekonania, jakie dotyczą Europejczyków, przedstawicieli białej klasy średniej, mieszkających w najbogatszej i podobno najbardziej cywilizowanej części Europy. Zrobił to tak zgrabnie, a jednocześnie tak prawdziwie, że nie byłam w stanie oderwać się od książki – jak od najwyższej formy tortur, które sprawiając ból, jednocześnie uzależniają.

Bohaterem książki jest mężczyzna około pięćdziesiątki, Jörgen Hofmeester . Żyje spokojnym życiem, wychowuje samotnie osiemnastoletnią córkę, Tirzę. Druga już się usamodzielniła, przebywa we Francji wraz z narzeczonym.

W krótkim odstępie czasowym Hofmeester zaczyna doświadczać coraz większych zawirowań – to, co sobie przez lata poukładał – jak domek z klocków Lego – nagle zaczyna się rozpadać na drobne kawałki. W jego proste, protestanckie życie wdziera się rzeczywistość, wobec której jest bezradny. Najpierw ukochana młodsza córka choruje na anoreksję, „chorobę białej klasy średniej”, jak to ujmuje autor. Ojciec interweniuje w odpowiednim czasie, by uciąć łeb demonowi choroby. Wkrótce po tym opuszcza go żona – tym razem aż na trzy lata. Miała wcześniej skłonność do romantycznych, pozamałżeńskich uniesień, lecz zawsze wracała.

Teraz również pojawia się ponownie w życiu jego i nastoletniej Tirzy – jak gdyby nigdy nic, wpada na kolację, po rozstaniu z młodym ukochanym. I już zostaje, jak niewygodne wspomnienie dawnej miłości. Ranią się nawzajem, próbują nieudolnie poskładać coś na zgliszczach przeszłego uczucia. Skazani na swoje towarzystwo, jak dwa bezdomne, niekochane psy, które żyć bez siebie nie są w stanie – i nie mogą na siebie patrzeć.

Taki jest początek historii, która na kolejnych kartach nabiera tempa, stając się coraz bardziej drastyczna. Otrzymujemy głębokie wejrzenie w psychikę Jorgena. Z początku wydaje się niebywale porządnym, przykładnym obywatelem i ojcem, lecz z czasem zaczynamy go coraz bardziej nie lubić, by na koniec znienawidzić. Podobnie jak on samego siebie.

Co tak naprawdę nienawidzimy? Czego nie znosimy w Jorgenie? „ Z samych siebie się śmiejemy” wraz z Gogolem. Arnon Grunberg każe nam nie znosić – samych siebie.

Europejczyków, którzy uwierzyli w swoją supremację. W to, że gdy raz sobie poukładali świat w sposób im sprzyjający, on taki zawsze będzie trwał. W to, że wszystko da się przewidzieć – a jak się nie da, wydatki pokryją z oszczędności, gromadzonych na koncie emerytalnym. Wyraźne nawiązania do 11. września 2001 określają cezurę, po której już nic w naszym zachodnim świecie nie jest takie samo. Kryzys finansowy, który nastąpił potem, problemy z imigrantami, eskalacja konfliktów na tle rasowym i religijnym – zjawiska te poruszyły naszą zbiorową mentalność. Sprawiły, że czujemy podskórnie niepokój, obawiając się kolejnych zmian.

Podobnie jak Hofmeester, nie lubimy, gdy coś nas wytrąca z równowagi. Każdy z nas obawia się zepchnięcia na boczny tor, stania się niewidzialnym. Bezużytecznym. To się zdarzyło naszemu protagoniście – nie został nawet wyrzucony z pracy, po prostu kazano mu przestać przychodzić. Jako redaktor w wydawnictwie nie nadawał się do nowych czasów, w których plany wydawnicze podyktowane są zmiennymi potrzebami rynku.

Bezużyteczny, wyśmiewany przez małżonkę, która się go uczepiła jak rzep psiego ogona, ma jeszcze córkę i jej bezwarunkową miłość. Lecz również ona go wkrótce opuści, wyjeżdżając do Afryki ze swoim czarnoskórym chłopakiem. Co wtedy? Jorgen obawia się, co się z nim stanie – co z niego zostanie, gdy będzie już całkiem niepotrzebny.

Kolor skóry chłopaka Tirzy i fizyczne podobieństwo do jednego z zamachowców z 11. Września powoduje u Hofmeestera nieprzyjemny ciąg skojarzeń. Oto ci, którzy niszczą nasz zachodni porządek, likwidują fundusze hedgingowe, zalewają nas falami ciemnoskórych ludzi innej wiary i mentalności, oto oni właśnie przyszli, by zabrać jego najdroższy skarb – słoneczną królewnę, jak czule nazywał Tirzę.

Przegrany, stłamszony, upokorzony, bez poczucia celu i sensu, dochodzi do wniosku, że:

„Szczęście jest pozą, mitem, formą uprzejmości na imprezach i podczas obiadków. Jestem nieszczęśliwy, ale nie bardziej nieszczęśliwy niż inni, tak sobie zawsze powtarzałem w trudnych chwilach. Moje nieszczęście jest przeciętne.”

I właśnie ta przeciętność, ta statystyczna rodzina, która niebezpiecznie skręca w stronę patologii, ten porządny dom, stojący pośród wielu równych jemu – to najbardziej przeraża. Bohater jest wszak jednym z wielu, jest mną i Tobą. Czuję za plecami oddech końca. Nowego początku?

Co zrobi w finale nasz bohater, co uczyni ze swoją samotnością i poczuciem przegranej? Przyznam, że mnie zaskoczył. Może zaskoczy również Was? Książki Pauzy trzeba i warto czytać. “Bo nie zmartwychwstaniemy” (Tadeusz Różewicz).

 

 



7 komentarzy

  • Dominika D.

    Bardzo ciekawa recenzja. Zaciekawiłaś mnie.

    Odpowiedz
  • Atrakcyjne wakacje z dzieckiem

    Świetna recenzja, zaprasza do czytania książki 🙂

    Odpowiedz
  • BEATA REDZIMSKA

    Chyba rozumiem, to dobre cierpienie, w pewnym sensie ubogacajace po przeczytanej ksiazce, ksiazka ktora odciska pietno. Czyz jest lepszy komplement dla pisarza?

    Odpowiedz
  • Danka

    Bardzo ciekawie napisana recenzja. Jestem zaciekawiona i zobaczę, czy jest w bibliotece.

    Odpowiedz
  • Szaman

    To chyba jednak niestety nie jest lektura dla mnie. Ale artykul ciekawy 🙂

    Odpowiedz
  • TosiMama

    Zapowiada się interesująco. Muszę zapamiętać ten tytuł.

    Odpowiedz
  • Justyna

    Moc samotnosci przeszywającej wskroś takiej co jak złodziej wkrada się w ukryciu i niespodziewanie namnaża się niczym rak przenika cały organizm zaraża innych , bliskich , żonę, dzieci, wszystkich dookoła . Nie ma ratunku lekarstwa, tylko pustka… Samotność pustoszy ciało i duszę .Zostaję umysł który to obserwuje, widzi ta beznadzieję niczym czlowiek warzywo czujesz, chcesz życ lecz już za późno

    Odpowiedz

Zostaw komentarz

Accessibility
Font Resize