Dla artystów

Po co mi to? Czyli o pielęgnowaniu pasji na co dzień

Matka, partnerka, pisarka, malarka… Poznajcie kobietę wszechstronnie uzdolnioną, niebywale kreatywną. Karolina Staszak kocha tworzyć piękne i pożyteczne dzieła, wspaniale o nich opowiada i ma tyle energii, że mogłaby obdzielić średniej wielkości miasto – świeciłoby niesamowitym, twórczym  blaskiem :).

Karolino, jak to się zaczęło? Kiedy postanowiłaś rozwijać swoją pasje? I kiedy odważyłaś się objawić światu jako artystka?

Zawsze rysowałam i malowałam. Zaczęłam już jako dzieciak. Dobrze pamiętam, że któregoś dnia… miałam wówczas może z 10 lat, uznałam, że nie podoba mi się tapeta w moim pokoju. Podczas nieobecności rodziców postanowiłam ją upiększyć i farbkami plakatowymi namalowałam na prawie całej ścianie pejzaż z drzewami, jeziorem i sarnami w rolach głównych. Myślałam, że mi się oberwie, ale rodzicom spodobał się malunek i przez następne kilka lat zdobił pokój.

Potem życie płynęło w szkole średniej, dalej policealnej. Następnie był wypad do Anglii, gdzie spędziłam prawie dwa lata, a na koniec powrót do kraju i szybkie rozpoczęcie zaocznych studiów na gdańskim ASP równolegle z pracą w firmie zajmującej się audytami. W międzyczasie zaszłam w ciążę i pojawił się mój pierwszy syn.

Kiedy miał mniej więcej półtora roku, mi udało się skończyć studia i obronić dyplom, zaczęłam zastanawiać się nad powrotem do pracy. Musiałam startować od zera, bo tak potoczyły się wydarzenia, że nie miałam dokąd wrócić zawodowo.

Wertowałam ogłoszenia w sieci, aż natrafiłam na coś w stylu: „szukam ilustratora do książki dla dzieci”. Szybko odpowiedziałam na anons i podjęłam pracę, za którą jak się okazało nikt mi potem nie zapłacił. Kubeł zimnej wody postawił mnie na równe nogi i uświadomił, że mimo takiego początku to jest coś, co pragnę robić. Było to niemal osiem lat temu. Szukałam innych zleceń, ale bez skutku. Nie było możliwości, żebym podjęła pracę na etat, bo mój pierworodny chorował co najmniej dwa tygodnie w każdym kolejnym miesiącu. Większość czasu spędzałam opiekując się i podając co rusz nowe leki. Kiedy powoli wychodziliśmy na prostą, ponownie na teście zobaczyłam dwie kreski. Powtórka z rozrywki. Trzy lata później to samo. Malowanie i ilustrowanie odleciało gdzieś daleko, a ja utonęłam w matkowaniu i pieluszkach na ładne parę lat. Co chwila próbowałam swoich sił w ilustracji, ale nie było odzewu. Czas mijał.

Któregoś dnia, podczas imprezy urodzinowej najstarszego synka (kończył wówczas 6 lat), usłyszałam, jak woła mnie słowami: Mamo, choć, ciocia Jeżyna siedzi na regale i czyta książkę. Zdziwiona, zaglądam do pokoju, a tam jego ciocia Grażyna stoi obok regału i faktycznie przegląda jedną z jego książek. To zdanie… to jedno wypowiedziane przez mojego pierworodnego zdanie tak wbiło mi się w myśli, że chodziło za mną i ze mną dosłownie wszędzie. Nim się obejrzałam, ciocia Jeżyna otrzymała wygląd, siostrę Jagodę, dom w postaci wielkiego drzewa, które znajduje się w Grzybowie Wspaniałym, w nieludzkim świecie. Okazało się, że ona jest odpowiedzialna za produkcję gwiazd, które co noc towarzyszą staremu Księżycowi na niebie. Potem pojawił się imbryk Leopold, wiecznie zakatarzony i elegancki, oraz pan Muszelka, czyli gigantyczny ślimak, który skacze na największej sprężynodze wszechczasów. Wokół tych dziwacznych postaci urodziła się niesamowita opowieść. Spisałam ją i pełna zapału wysłałam do wszystkich znanych mi wydawnictw. Przy mojej ówczesnej wiedzy o tym, jak działa wydawniczy rynek nie mogło się to udać. Nie poddałam się. Po kilku miesiącach była kolejna część owej opowieści. Również nie uzyskała aprobaty w żadnym z wydawnictw, do których ją wysłałam. Zaczęłam więcej malować i rysować, a mniej pisać. Powoli wyrabiałam sobie kreskę, a mój partner z czasem pomógł mi założyć w sieci ogólnodostępny dysk, na który wrzucałam każdą ilustrację, jaką uznałam za „fajną”. Portfolio powoli rosło. Następnie były konkursy literackie, w których oczywiście nic nie wygrywałam. Potem kolejne i jeszcze inne. W miarę jak w naszym domu zaczęło być coraz bardziej hałaśliwie i chorobowo odkładałam swoją pasję „na potem”.

Było to czas bardzo trudny. Kiedy jedno dziecko łapie infekcję, kolejne sobie od niego ją po prostu biorą i przygarniają. A ta matka lata i ogarnia te leki, inhalacje, witaminki, gorączki, prośby o picie i płacze.

W pewnym momencie wszystko zaczęło cichnąć. Na tyle, że w moich myślach znowu pojawiła się zapomniana pasja. W tym samym czasie jedna z sieci sklepów ogłosiła konkurs na książkę dla dzieci. Napisałam ją w trzy dni. Nie wygrała. Jednak postanowiłam rozesłać ją po wydawnictwach podobnie, jak zrobiłam z poprzednimi. Ta właśnie książka spodobała się jednemu z nich. Podpisałam umowę w listopadzie 2017 roku. Za trzy tygodnie, czyli w mniej więcej w połowie października tego roku, będzie gotowa. Jej tytuł to „Dom pięknych snów.” W międzyczasie wpadłam w stan przewlekłego smutku, który trzymał mnie dobre kilka miesięcy. Dziwne, prawda?! Moje marzenie o wydaniu książki się właśnie spełnia, a ja mam doła. W tym czasie wydarzyło się coś, co spowodowało, że znowu sięgnęłam po słowo pisane. W kilka chwil spisałam kilka prostych porad dla moich synków na przyszłość, które dosłownie po dwóch kolejnych tygodniach przybrały postać książki. Dziś tę książkę można kupić. Jej tytuł to „Co teraz? Moja ukochana została matką!” Jest skierowana do młodych ojców, którzy jeszcze nie mają bladego pojęcia o tym, czym jest bycie mężem/partnerem kobiety-matki. Odpowiada na pytanie: Jak żyć ze swoją ukochaną, kiedy ta została mamą. Okazuje się, że w Polsce jest bardzo dużo poradników dla mam. Dla ojców, o tym jak być ojcem również. Jednak nie było takiego, który rozjaśnia młodemu tacie, co dzieje się w głowie i sercu młodej mamy. Nie ma w tej książce psychologii. Jest za to kilka porad dla młodego ojca, które napisała młoda mama… No może już nie taka młoda, ale taka, która była młodą mamą trzykrotnie. Obecnie, kiedy moje młodziki są już nieco wyższe niż przeciętny stół i mają po 9, 6 i 3 lata, płynę dalej torem, który upodobałam sobie te 8 lat temu. Za kilka tygodni pojawią się książki, które miałam okazję zilustrować. Każda inna w stylistyce i skierowana do innego odbiorcy.

Niesamowite jest to, jak z maleńkiego ziarenka – w Twoim przypadku było to zdanie wypowiedziane przez synka – pączkują kolejne pomysły, przedsięwzięcia, projekty… mój rozwój był bardzo podobny i również zapoczątkowany macierzyństwem. Narodziny dziecka i kolejnych dzieci to częsty punkt zwrotny u kobiet. Nie chcemy tracić czasu na pracę, która nas zniewala, a nie przynosi satysfakcji. Tym bardziej gdy chorowite dzieci wymagają naszej uwagi i troski. Powiedz, proszę, czy w momencie, gdy słyszałaś kolejne odmowy, nie miałaś takiej myśli, by jednak zrezygnować z marzeń? Czy gdy oszukano Cię i nie zapłacono za pracę nie przeszło Ci przez myśl, że taka – mało tradycyjna – droga na uzyskanie dochodu nie jest jednak dla Ciebie?

Tak, kolejne dzieci w domu to prawdziwe zwroty akcji w … jak to się mówi prozie życia. Z marzeń nie rezygnowałam nigdy. Nigdy nawet przez myśl mi nie przeszło, żeby od nich odejść na zawsze. Uczepiły się mnie i już. Wiadomo, czasem byłam zmuszona je powiedzmy „zawiesić”, ale siedziały w mojej głowie i sercu, nie mając najmniejszego zamiaru dać się wyrzucić. Myślę, że gdyby wszystko potoczyło się inaczej mogłabym odpuścić, ale też nie na zawsze. Gdybym była zmuszona wrócić do pracy zawodowej tuż po okresie urlopu macierzyńskiego, jak to czasem bywa w obecnym świecie, moje pasje przykryłabym białym, płóciennym prześcieradłem na strychu i wróciła do nich, dopiero kiedyś. Tylko po co gdybać?

Kwestia dochodu jest dość indywidualna. W moim przypadku przez długi czas mogłam pracować bez zarobków. Zresztą taka ścieżka nie ma nic wspólnego ze stałym przychodem od początku pracy. Kilka lat robiłam to co kocham zupełnie hobbystycznie. Od niedawna zaczęłam na tym zarabiać i to też są póki co niewielkie zlecenia. Jednak jeśli zachowam swój ośli upór i wiatry będą mi sprzyjać rozwinę skrzydła i pofrunę…

Tego Ci życzę z całego serca. Opowiedz, proszę, nad czym obecnie pracujesz. Jakie projekty możemy już podziwiać, bo ujrzały światło dzienne, a na jakie trzeba będzie trochę jeszcze poczekać.

Nie wiem od czego zacząć. Obecnie dzieje się bardzo dużo i mam ogromną nadzieję, że dziać się nie przestanie.

Już w sprzedaży jest „Co teraz? Moja ukochana została matką!” , o której wspominałam.

Z kolei za trzy tygodnie pojawi się napisana przeze mnie książka dla dzieci. Jest dla mnie niezwykle ważna, bo to na nią podpisałam pierwszą w życiu umowę z wydawnictwem. Było to jeszcze w zeszłym roku. „Dom pięknych snów” opowiada o dwójce dzieci, które musiały wyjechać w nieznane sobie miejsce. Bez rodziców, bez przyjaciół. Tam odkrywają niezwykłe fakty. Między innymi to, że Matka Natura w rzeczywistości jest kobietą, która ma cztery córki: Wiosnę, Lato, Jesień i Zimę. Tam dowiadują się, że kotły potrafią mówić, że duch zsyła piękne sny, a cały Świat rządzi się zupełnie innymi prawami, niż im się wydawało.

W przyszłym roku z kolei będzie „Chmurny zamek i burzostwory”. To już jest powieść dla starszych dzieci. Myślę, że takich od lat dziewięciu. Tu młody czytelnik znajdzie smoki. Jest też magia, trochę strachu i przestrzenie międzygalaktyczne. Są burzostwory mieszkające w chmurze, na której wznosi się wielki zamek, oraz Anna, dziesięcioletnia dziewczynka, która wpadła w ten świat, wyrwana ze swojego zwykłego i prawie nudnego życia.

Na dniach, może tygodniach pojawią się książki, które miałam przyjemność zilustrować.

„Kotek zwany Czesi”- fantastyczna bajka dla najmłodszych pani Joanny-Ernest Kaszubowskiej. Dalej „O dziewczynce bez daru” Agaty Fąs – jest to baśń dla dzieci od lat pięciu, oraz najtrudniejsze do realizacji „Baśnie braci Grimm”, których jeszcze nie mieliśmy okazji czytać w języku polskim, w wersji oryginalnej (zdecydowanie pozycja tylko dla dorosłych).

Każda z tych książek skrajnie różni się stylistyką od poprzedniej. Każda też była dla mnie ogromną malarską i rysunkową przyjemnością. Tym bardziej, że pracuję „z ręki”. Uwielbiam brudne od farb dłonie, zachlapane biurko, zapach malowanego papieru. Czasem wychodząc do przedszkola po dzieci lub na zakupy, w połowie drogi orientuję się, że mam zielone łokcie, albo białe ślady na przedramionach. Zawsze wywołuje to u mnie uśmiech na twarzy, bo przypomina o frajdzie, którą miałam podczas pracy.

Skończyłam również pracę nad tekstem do największego jak dotąd literackiego przedsięwzięcia w moim życiu. Napisałam książkę dla kobiet chorujących na endometriozę. Zaangażowałam w jej powstanie zespół lekarzy z dziedzin: psychoterapia, ginekologia, fizjoterapia, dietetyka i seksuologia, którzy piszą, lub już napisali (seksuologia) rozdziały dotyczące ich dziedzin w tej niewidzialnej chorobie. Moja część pracy opowiada o życiu i jest spisana w formie pamiętnika, w którym opowiadam o półrocznym eksperymencie, jakiego podjęłam się w momencie, kiedy już miałam naprawdę dość niechcianej towarzyszki. Ją skierowałam do duszy czytelniczki. Części specjalistyczne z kolei mają pomóc pacjentkom zrozumieć istotę choroby, oraz odpowiedzieć na pytanie: Jak sobie pomóc, żeby życie nie kręciło się w koło endometriozy. Obecnie czekam na resztę rozdziałów i liczę na to, że znajdę naprawdę dobrego wydawcę, który pomoże mi nieść pomoc. „Dziennik endometriozy. Nadzieja” po to powstaje. By dać pomoc i nadzieję chorym. Nie było łatwe spisanie tego, co tam będzie można przeczytać. Odsłonięcie części swojej duszy i życia wymagało ode mnie odwagi. Jednak całą sobą wierzę, że ta książka, ten dziennik może zanieść światełko nadziei, tym dziewczynom i kobietom, które tej nadziei już nie mają.

Wierzę, że to nie koniec mojej przygody w ilustrowaniu i pisaniu, że to dopiero się zaczyna! To drogą, którą sobie wybrałam i którą pokochałam, …którą pragnę kroczyć już zawsze.

Wspaniałą, energetyczną i optymistyczną Karolę oraz informacje o jej licznych projektach znajdziecie na jej fejsbukowej stronie autorskiej. Lajkujcie i inspirujcie się!

I jak zwykle zapraszam do śledzenia mojej Pełni.



14 komentarzy

  • Beata Herbata

    Piękny wywiad. Wspaniale jest podążać za swoim wewnętrznym głosem i słuchać siebie. Oczywiście droga czasem bywa bardzo kręta ale warto w nią wyruszyć 🙂 I im szybciej to zrozumiemy i zrobimy tym dla nas lepiej.

    Odpowiedz
  • Aleksandra Załęska

    Wspaniałe jest to, że mamy potrafią podążać za swoimi pasjami, potrafią połączyć pracę w domu w wychowaniem dziecka.

    Odpowiedz
  • Daria

    Świetny wywiad. Bez pasji nie ma radości, a po co w życiu się męczyć? 😉

    Odpowiedz
    • Małgosia

      Praca, która daje radość i spełnienie to praca idealna 😀.

      Odpowiedz
  • Jakub

    Fajnie. Pasja musi być. Pozdrowienia dla Pani Karoliny Staszak

    Odpowiedz
    • Małgosia

      Dziękuję w imieniu Karoliny 😎.

      Odpowiedz
  • Agnieszka

    Świetny wywiad. Pasja to coś dlaczego warto żyć. Droga jest wybrukowana i nie jest prosta ale warto nią wyruszyć.

    Odpowiedz
    • Małgosia

      Warto – bo sukcesy wynikające z pracy z pasja zupełnie inaczej smakują. Pozdrawiam serdecznie!

      Odpowiedz
  • Zielona Małpa

    Pasja bywa jak paliwo. Bez niego daleko nie zajedziemy 🙂

    Odpowiedz
    • Małgosia

      Dokładnie! Podoba mi się ta metafora 😀.

      Odpowiedz
      • Zielona Małpa

        Poza tym pasje czynią nas ciekawszymi ludźmi nie tylko w naszych oczach, ale też w oczach innych 🙂

        Odpowiedz
  • Angelika F

    Pasja jest bardzo ważna w życiu, a czy może byc coś lepszego od połączenia gdy praca staje się pasją? 🙂 Przepiękne ilustracje i świetny tekst 😉

    Odpowiedz
  • Dola

    Pasja ważna sprawa, taki klucz do szczęścia.

    Odpowiedz

Zostaw komentarz

Accessibility
Font Resize