Dla artystów Recenzje

W poszukiwaniu zorzy i pisarskiego spełnienia

Pamiętam, co mnie przyciągnęło do bloga Renaty Bang, Renifer na emigracji – piękna, choć surowa przyroda, ciekawe opowieści i ciepło, którego – jak sobie wyobrażałam – doświadczała na co dzień w Norwegii. Polka, emigrantka, matka dwójki dzieci odbywa z nimi wiele wędrówek, by wieczorami odpoczywać przy kubku gorącej czekolady, okryta kocem, wpatrując się w ogień kominka – tak sobie ją wyobrażałam. W pewnym momencie z jej życiowych doświadczeń wypłynęło pragnienie dzielenia się z innymi – nie tylko wrażeniami płynącymi z poznawania tego wciąż tajemniczego dla nas kraju, ale swoistą receptą na spokojne, zrównoważone życie – w zgodzie z naturą i samym sobą, pielęgnując najważniejsze więzi i ciesząc się nimi.

Gdy Renata zwierzyła się swoim Czytelnikom z pomysłu na książkę, kibicowałam jej i byłam pewna: to będzie coś, na co czekałam. Jako fanka skandynawskiego hygge (wspominałam o mojej miłości do tego konceptu w tym tekście o wycieczce do Kopenhagi) nie byłabym sobą, gdybym nie kupiła tej książki. Dostałam dużo więcej niż samą opowieść o dobrym i spokojnym życiu – książka Renaty to również doskonały przewodnik po Norwegii, szczypta dobrego humoru i nuta refleksji. Wspaniały pomysł na prezent, jeśli chcemy komuś zapewnić kilka wieczorów zachwytu i delikatnej zadumy.

Ale zanim kupicie tę pięknie wydaną opowieść, przeczytajcie naszą rozmowę, w której Renata zwierza się z kolejnych kroków prowadzących ją do spełnionego marzenia:

Renato, właśnie trzymam w ręku Twoją książkę “Przystanek Norwegia”, pięknie wydaną, bogato ilustrowaną. Sama czuję radość, widząc gotowe dzieło, choć byłam tylko obserwatorką kolejnych etapów jego powstawania. Powiedz, jakie to uczucie, trzymać w rękach pierwszą książkę, opatrzoną Twoim własnym imieniem i nazwiskiem?

Dziękuję za te miłe słowa. Faktycznie, książka jest taka, jaką sobie wymarzyłam. Co prawda proces tworzenia znacznie się wydłużył, ale widząc efekt końcowy uważam, że warto było poczekać. Nie da się ukryć – to fantastyczne uczucie i nieopisana radość móc trzymać w rękach własną książkę. Jestem z siebie dumna, bo choć miałam chwile zwątpienia, nie poddałam się. Udowodniłam sobie, że wszystko co się w moim życiu dzieje, zależy tylko ode mnie. Gdyby nie to przedsięwzięcie, nie poznałabym też tylu fantastycznych osób! Każdy, kto przyczynił się do realizacji projektu wspierał mnie i pokazywał, że nie ma sytuacji bez wyjścia, zawsze są jakieś możliwości. Od etapu pisania, poprzez redakcję, skład i druk. Nieustannie uczyłam się czegoś nowego. Teraz już z ręką na sercu mogę przyznać – mimo ogromu pracy było warto się w to zaangażować!

Powstała piękna opowieść o Twojej drugiej ojczyźnie. Czyta się lekko, przyjemnie, a zdjęcia uzupełniają interesująca treść. Powiedz, proszę, kiedy wpadłaś na pomysł stworzenia osobistego przewodnika po Norwegii? Co Cię skłoniło do podjęcia takiej tematyki?

Pomysł wpadł mi do głowy podczas kilku samotnych spacerów, w momencie, gdy przechodziłam koło przydrożnego kamienia. W tym jednym miejscu zawsze dopadała mnie ta myśl i nie dawała spokoju przez resztę dnia. Na początku nic sobie z tego nie robiłam, wmawiając, że to zbyt zwariowany i nierealny pomysł. Gdy kiełkował coraz mocniej, próbowałam go wyśmiać, ale to też na niewiele się zdało. W końcu, nie widząc innej rady, powiedziałam o tym rodzinie w nadziei, że mi to skutecznie wybiją z głowy. Stało się jednak inaczej – cała trójka jednogłośnie poparła ten szalony pomysł. Pisałam już od jakiegoś czasu bloga, więc samo tworzenie tekstów nie było dla mnie problemem. W międzyczasie zrobiłam też kurs pisania, by jakość tekstów była jak najlepsza. Tematy natomiast co dzień podsuwa mi życie. W ubiegłym roku wybraliśmy się na urlop na Vestlandet, które mnie tak zachwyciło, że chciałam to uwiecznić nie tylko zdjęciem, ale i tekstem. W ten sposób powstało pierwsze opowiadanie, które rozpoczęło moją pisarską przygodę, a której efekty trzymacie właśnie w ręku.

Miałaś już zatem wsparcie najbliższych, tak potrzebne, gdy robi się coś po raz pierwszy w życiu i podąża za głosem pasji. Zadbałaś też o swój warsztat pisarski, by tekst był napisany jak najlepiej. Pisałaś bloga, nabierałaś więc również wprawy w redakcji tekstów i gromadziłaś wiernych odbiorców. Jakie były Twoje następne kroki? Czy od razu przyszło Ci do głowy, by książkę wydać samodzielnie, bez pomocy wydawnictwa? Skąd czerpałaś wiedzę na temat procesu wydawniczego?

Szczerze mówiąc w pierwszym momencie nawet mi przez myśl nie przeszło, że mogłabym samodzielnie wydać książkę. Poszperałam jednak trochę w Internecie i dowiedziałam się co nieco o warunkach na jakich zawiera się umowy z wydawnictwami. Już po samej lekturze odechciało mi się współpracy z kimkolwiek. Nie byłabym w stanie na 5 lat powierzyć mojego tekstu obcej osobie, tym bardziej nie zgodziłabym się na wprowadzanie w nim zmian bez mojej zgody. Nie mogłabym przystać na takie warunki, tym bardziej że nie planowałam wielotysięcznego nakładu i zakrojonej na szeroką skalę akcji promocyjnej.  Uznałam więc, że nie ma potrzeby nawiązywać współpracy z wydawnictwem. Self-publishing okazał się jedynym słusznym rozwiązaniem, choć muszę przyznać, że zadanie to do łatwych wcale nie należało. Co więcej – sporo się nad tym naharowałam 😉

Wyobrażam sobie, że samodzielne wydawanie książki to nie najłatwiejsze zadanie, wymagające wielu umiejętności – poza samym pisaniem. Opowiedz, proszę, o kolejnych etapach powstawania książki. Był pomysł, zapewne zarys tekstu, morze internetowej wiedzy do zgłębienia… co pomogło Ci wystartować? Jaka strona internetowa okazała się kopalnią wiedzy na temat wydawania samodzielnego? A może miałaś już na tym etapie mentora, który przeprowadził Cię przez ten proces?

Nie miałam nikogo, na kim mogłabym się wzorować czy liczyć na porady. Ale była to świadoma decyzja – uznałam, że nikt nie zrobi tego lepiej ode mnie. W końcu tylko ja wiedziałam, jak chcę, by książka wyglądała. Nieoceniona okazała się natomiast pomoc znajomych, którzy w chwilach zwątpienia i rezygnacji zawsze mnie wspierali. Już podczas pisania szukałam osób, które zajmą się redakcją, korektą, projektem okładki… Muszę jednak przyznać, że przy tych wyborach kierowałam się głównie intuicją. Grafika i korektorkę znalazłam niemal od razu, więc gdy tylko miałam gotowe kilka rozdziałów, nie czekałam z wysłaniem do nich zapytania. Większe wątpliwości pojawiły się przy wyborze redaktora, być może również dlatego, że tej kwestii poświeciłam najwięcej czasu. Prawdę mówiąc czytałam wszystko, co dotyczyło pisania, począwszy od artykułów, relacji osób, które wydały coś swojego, po fora i różne strony internetowe… Kopalnią wiedzy okazały się stronki o pisaniu jak „Pracownia Słowa” i „Pisarskie olśnienia”, gdzie autorzy chętnie dzielą się swoją wiedzą.

 

Czyli wybrałaś korektorkę, grafika, redakcję, skład i drukarnię. Gromadziłaś skrupulatnie wiedzę na temat samodzielnego wydania książki i zapewne gdzieś pomiędzy tymi czynnościami kończyłaś pisanie jej pierwszej wersji. To bardzo pracochłonne i energochłonne zajęcia. Wiesz, jakie pytanie często słyszę, gdy zachęcam kobiety do spełniania marzeń i twórczego życia? Zadam Ci je teraz: jak na to wszystko znalazłaś czas, pracując, wychowując dzieci i prowadząc dom?

Może Cię zaskoczę, ale dość często słyszę od znajomych stwierdzenie: jak ty masz dużo czasu! Nie kłócę się z nimi, bo w pewnym sensie to prawda. Problem polega na tym, że ten wolny czas nie bierze się znikąd. Jestem osobą bardzo zorganizowaną, pracowitą i upartą. Dzięki temu udaje mi się pogodzić tak wiele różnych obowiązków. Małymi kroczkami staram się posuwać do przodu – tak o mnie kiedyś powiedziała mama i patrząc z perspektywy czasu myślę, że zawsze taka byłam. Pogodzenie wielu obowiązków nie jest łatwe, ale z drugiej strony – marzenia są po to, by je realizować. Nie ma sensu czekać, bo idąc tym tokiem myślenia, zawsze okaże się, że są rzeczy ważniejsze. A ja kiedyś sobie wymarzyłam, że będę pisarką na pełny etat (gdyby tak było, pewnie nadal byłabym w trakcie pisania i nie wiem, czy kiedykolwiek bym skończyła tę książkę). Najbardziej obawiałam się, że któregoś dnia się obudzę i nie będzie żadnej książki, a wszystko co się do tej pory działo, było tylko intrygującym snem. Zdarzały się oczywiście momenty zwątpienia, czasem miałam dość, bo uświadamiałam sobie, że książka zajmuje coraz większą część mojego życia. Żeby nie było tak kolorowo musze się przyznać, że kilka razy zaniedbałam obowiązki domowe, ale na szczęście każdy z domowników ma wyznaczony dyżur na wyjmowanie naczyń ze zmywarki, wieszanie prania czy ugotowanie choćby prostego obiadu, więc jakoś daliśmy radę. Syn co prawda kilka razy zwrócił mi uwagę, że nie odpowiadam na jego pytania i żyję w innym świecie. Córka natomiast sprytnie wykorzystywała moje roztargnienie i raz nawet udało jej się dostać zgodę na powrót do domu ze spotkania z rówieśnikami przed północą. Niechcący zrobiłam w ten sposób na jej znajomych takie wrażenie, że aż stwierdzili, że jestem COOL.

Ależ mi bliska jest metoda małych kroków i filozofia, że każdy, najmniejszy wysiłek zbliża nas do celu! A rodzina, moim zdaniem, na pasji mamy tylko zyskuje – nie tylko niespodziewaną zgodę na późny powrót do domu, lecz również poczucie współodpowiedzialności za gospodarstwo domowe i, co nie mniej ważne, szczęśliwą, spełnioną matkę, która ma swoje życie i nie koncentruje się nadmiernie na życiu swoich dzieci.

Zmieniając temat, chciałabym Cię podpytać o Twoje wrażenia ze zbiórki pieniędzy na zasadzie crowdfundingu. Polecasz taki sposób na pozyskanie środków na swoją debiutancką powieść?

Ciągle będę podkreślała jedną rzecz: teraz jestem niesamowicie szczęśliwa, że udało mi się zrealizować swoje marzenie i z sukcesem zakończyć cały projekt związany z napisaniem i wydaniem książki. Gdy patrzę na to wszystko teraz, z perspektywy czasu, to przyznaję – nie miałam pojęcia, że to tak praco- i czasochłonne zajęcie. Gdybym wiedziała wcześniej, że będzie to wymagało tyle wysiłku i poświęcenia, nie wiem czy bym się na to w ogóle zdecydowała. Co do crowdfundingu – myślę, że to ciekawy sposób na zdobycie niezbędnych funduszy i fajna alternatywa dla tych, którzy mają marzenia, ale nie zawsze są w stanie podołać im finansowo. Nie wolno zapominać, że ta forma również wymaga mnóstwa pracy: W końcu książka to w pewnym sensie towar luksusowy i nie każdy musi ją kupić. Tak czy inaczej, myślę, że każde pozytywne działanie, które zbliża nas do celu, warte jest ryzyka.

Dziękuję Ci za piękne podsumowanie opowieści o spełnionych marzeniach. Czy jest jeszcze jakaś rada, której chciałabyś udzielić śmiałkowi, który jest na początku drogi ku samodzielnemu wydaniu książki?

Na początku warto pamiętać o jednym: nikt nie da Ci gwarancji, że Twoja książka będzie się dobrze sprzedawała, budziła zainteresowanie i zbierała same pozytywne recenzje. Ale jeśli tylko wierzysz w sukces i „czujesz” to co robisz, a przy tym sprawia Ci to przyjemność, to nie zastanawiaj się za długo, tylko pisz. I mierz przy tym wysoko. Pamiętaj, by nie godzić się na kiepskie warunki wydawnictwa, redakcję średniej jakości czy wydanie, które nie spełnia Twoich oczekiwań. Szanuj swoją pracę i wymagaj tego od innych. Życzę Ci połamania pióra i wielu oddanych czytelników.

Małgosiu, dziękuję za rozmowę.

To ja dziękuję! I życzę kolejnych sukcesów – podróżniczych, pisarskich i rodzinnych :).

Chcesz kupić książkę “Przystanek Norwegia. W poszukiwaniu zorzy? TAK

Serdecznie zapraszam na fanpage w imieniu swoim oraz Autorki: Renifer na emigracji

Podobało Ci się? Chcesz więcej inspiracji? Lubisz dobrze napisane teksty i ładne obrazki? Zapraszam na fejsbukową Pełnię, gdzie spotkasz mnie niemal codziennie ;).



7 komentarzy

  • Hanna Bogoryja Zakrzewska

    Byłam w Norwegii dwukrotnie i jest coś w tym kraju, co mnie zaciekawia. Może dlatego, że na przekór stereotypom o chłodnych Norwegach, ja spotkałam szalonych? No i lubię ich literaturę. Dlatego czytam każdą reporterską ksiązkę o tym kraju. Sięgnę i po tę.

    Odpowiedz
    • Małgosia

      To niezwykły kraj – bardzo chciałabym kiedyś się tam wybrać. Kocham podróże – zdecydowanie jednym z następnych celów podróżniczych będzie Norwegia. Też chcę znaleźć zorzę 😀.

      Odpowiedz
  • DeVi

    Zdecydowanie powinnam skomentować rozmowę z autorką ale nie moge się powstrzymać iii… reniferek jest MEGA <3 piekny a otoczenie dodaje uroku 😀

    Odpowiedz
    • Małgosia

      Reniferek rządzi 😀.

      Odpowiedz
  • Ania / Bezpustkowie

    Niesamowicie inspirujący tekst i wywiad! Sama zawsze marzyłam o byciu pisarką… Niestety zawsze coś stało mi na przeszkodzie, aby w pełni skupić się na pisaniu. A pisać uwielbiam – i to bardzo! Niezwykle cieszy mnie takie “poznawanie” ludzi, którzy byli na tyle odważni, że zaczęli stawiać kroki w kierunku wymarzonego celu. To jest cudowny przykład dla każdego z nas. Dziękuję i pozdrawiam! 🙂

    Odpowiedz
    • Małgosia

      Życzę Ci z całego serca spełnienia marzeń, Aniu.

      Odpowiedz
  • Świat Toli

    Norwegia ma w sobie coś pociągającego i intrygującego. Chętnie bym odwiedziła ten kraj.

    Odpowiedz

Zostaw komentarz

Accessibility
Font Resize