Cykle literackie

Twarze miasta

ZENEK

Niedawno przeprowadzaliśmy mały remont w naszym mieszkaniu, w związku z czym miałam okazję poznać pana Zenka. Jak sam o sobie mówi, jest złotą rączką: zaszpachluje, pomaluje, położy glazurę oraz terakotę.

Wielki, barczysty, z wydatnym brzuchem i słusznym rodowodem warszawiaka – do piątego pokolenia wstecz – dziarsko wchodził i schodził z drabiny, sprawnie i szybko odświeżał nasze kilkuletnie mieszkanie. Podśpiewywał przy tym stare włoskie piosenki, wyciągając rzewnie nuty i urozmaicając mi popołudnie. Rozpoznałam tylko „Besame mucho” wśród jego arii, ale uśmiechałam się do siebie, gdy pan Zenek sam się wzruszał swoim śpiewem.
Podczas przerwy na kawę pan Zenek pytał, co ciekawego robię na tym komputerze, po co tak zawzięcie stukam w klawisze. Gdy powiedziałam mu, że piszę powieść, przyznał z dumą, że jest nieprzyzwoicie wręcz oczytany.
– Jednak, wie pani, te książki nie zawsze dobrze robią z człowiekiem. Raz, gdy byłem całkiem pomieszany, chwyciłem „Boską komedię” Dantego. I ona mnie do cna rozmontowała.
Z Dantego przeszliśmy na Beatrycze, z kolei od niej już blisko było do miłości.
– Czy wierzę w miłość? Co mam nie wierzyć, jeśli tyle już razy byłem zakochany. Pewnie, że wierzę, ale ja to niedobry jestem, wie pani. Mam pączka, nachodzi mnie na kajzerkę, dostanę kajzerkę, już zerkam na drożdżówkę. Cóż poradzić, taki charakter.
Pan Zenek dopił kawę, energicznie wziął się do pracy. Chciał tego dnia wyjść wcześniej, bo spieszył się na lekcję tanga.

KASIA

W wigilijny wieczór zamroziła kilka pierogów – jego ulubionych, z kapustą i borowikami, które zbierała jesienią w jednym z podmiejskich lasów.

Wcześniej jadła wieczerzę ubrana w czerwoną sukienkę i czarne pończochy – takie, jak on lubi, ze szwem pośrodku łydki. Słuchała kolęd w towarzystwie dwóch kotek, wnuczek ukochanej kocicy, którą kiedyś wspólnie adoptowali. Od kiedy odszedł, są jej jedynymi towarzyszkami. We trójkę na niego czekały, choć ona najbardziej.
Co roku dwudziestego czwartego grudnia wypatruje go, chodząc od okna do okna. Od dawna nosi pod powiekami scenę jego powrotu. On puka do drzwi, ona otwiera. Jego radosna, choć jednocześnie skruszona twarz wyłania się zza bukietu czerwonych róż, tradycyjnego wyznania miłości. Mąż szeptem przeprasza, obiecuje, że więcej jej nie zostawi. Po czym niesie ją do sypialni i całą noc się kochają. Tak jak w romansach, którymi Kasia zaczytuje się w metrze, gdy zmierza z Bielan na Kabaty, do pracy.

Jej koleżanki z biura rachunkowego są pewne, że nadal jest mężatką. Wszystkie znajome z zeszłego życia już dawno od siebie odsunęła, w obawie przed zdemaskowaniem. Nosi dumnie zbyt ciasną obrączkę, choć czasem palce jej puchną, wywołując ból. Gdy one opowiadają o leniwych, gnuśnych mężach, o synach, którzy przychodzą z imprezy w stanie wskazującym, ona nie może się nachwalić swojego Pawła. Ten i ugotuje, i posprząta, i nawet obejrzy w kinie komedię romantyczną – słowem, ideał. Pokazuje dziewczynom zdjęcia, z których spogląda przystojny dwudziestoparolatek. Na pytanie o różnicę wieku między nim a czterdziestopięcioletnią Kasią ta odpowiada wymijająco, że mąż się dobrze konserwuje. Czerwonym winem, którego, a jakże, jest znawcą.
Chadzają do teatru, od czasu do czasu mąż zabiera ją do opery. Kasia przezornie czyta recenzję przed poranną rozmową przy kawie i ciasteczkach, by nie popełnić jakiejś gafy. Zdarza się, że Pawełek do niej dzwoni – zwykle dla niepoznaki wybiera wtedy numer jakiejś infolinii z odpowiednio długim czasem oczekiwania na konsultanta, by nie zdradzić oszustwa czarnym ekranem. Uśmiecha się do słuchawki, chichocze, nawet się czerwieni, sugerując, że właśnie ukochany zażartował sprośnie.

Zazdroszczą jej takiego męża, wzdychają, jaką jest szczęściarą. Ona mu opowiada o powodzeniu, jakim się cieszy wśród jej współpracownic, pisząc listy na skrzynkę mailową, którą sama dla niego założyła.
Gdy mija zima i wiosna, dziarsko zabiera się za robienie weków. Marynuje paprykę, gruszki zalewa słodkim syropem. Martwi się, bo niedługo nie wystarczy miejsca w garażu, który przerobiła na spiżarkę. Przeprosiła go w duchu, że nie będzie mógł wstawić do niego samochodu, gdy wróci.
Wieczorem kocha się z poduszką, w nocy pilnuje swojej połowy łóżka. Wita go we śnie, gdzie spotykają się, jak dawniej, w lasku bielańskim i idą w kierunku Wisły, trzymając się za ręce.
Paweł wyemigrował z Polski dwadzieścia pięć lat temu. Niedługo zostanie dziadkiem. Prawie zapomniał o krótkim i nieudanym małżeństwie. Schował je dawno temu w szufladce pamięci, w której przechowuje wszystkie błędy młodości.

PAWEŁ

Pamiętał ją jak przez mgłę. Swoją pierwszą żonę. Długo musiał się leczyć u psychoterapeuty, by wytłumaczyć sobie, że rozstaniem z nią nie zrobił jej wielkiej krzywdy.

Wszystko się zaczęło, gdy zaczął jej udzielać korepetycji. Była trzy lata od niego młodsza, on studiował ekonomię. Smarkula taka, zupełnie go nie interesowała jako kobieta. Jakimś dziwnym sposobem znaleźli się w łóżku – nie pamięta, czy cokolwiek wtedy do niej czuł, ot, przelotna znajomość. Dużo alkoholu, spora impreza w akademiku. Nigdy się nie dowiedział, jakim sposobem ta mała się wtedy przypałętała.
Efektem był skandal, łzy, afera na całe osiedle. Ich matki były sąsiadkami. Uradziły, że nie można inaczej – w grę wchodził tylko ślub. Jak przez mgłę pamięta uroczystość w urzędzie.

Od tamtej pory nigdy nie założył garnituru. Uraz został mu do końca życia. Jego obecna żona, Jenny, nigdy nie mogła się dowiedzieć, dlaczego nawet na pogrzeb jej ciotki wybrał czarny golf do ciemnych sztruksów.
Potem Kasia poroniła. Płakała, bardzo płakała. Było mu jej żal, lecz jednocześnie nadal nie czuł niczego więcej. Poza współczuciem i troską. Chodzili wtedy do lasku bielańskiego, trzymali się za ręce, przytulali. Pewnie to był błąd, że pozwolił jej myśleć, że ją kocha.
Gdy wydobrzała, bardzo się cieszył. Do czasu, aż pewnego dnia przyszedł wcześniej z uczelni – profesor odwołał kolokwium, bo znowu zabrakło prądu.

Kasia zdała właśnie maturę, świętowała trzy miesiące wolności. Siedziała na tapczanie w mieszkaniu, które dzielili z inną parą. Śmiała się tak głośno, że nie słyszała, jak wszedł. On za to słyszał aż za dobrze pośród salw śmiechu kilka słów, które coś w nim zmieniły na zawsze:
– Mówię ci, Majka, najlepszy sposób – jak chcesz się hajtać, bierz go na dziecko. Nie ma szans, żeby się zorientował, że go okłamałaś.
Dziewczyny stuknęły się szklankami z krwistoczerwonym płynem. Hałas zatrzaskiwanych drzwi sprawił, że nigdy go nie wypiły.

ANNA

Wiedziała, że coś jest nie tak od bardzo dawna.

Teraz sobie przypomina epizod sprzed kilku lat, gdy jakaś kobieta dobijała się d drzwi. Był weekend, wszyscy domownicy siedzieli przy stole w kuchni, jedząc leniwie śniadania. Nagle dzwonek i krzyki. Polski język brzmiał wyjątkowo świszcząco i skrzecząco, gdy krzyczała ta kobieta w średni wieku. Anna zerknęła przez szybę drzwi wejściowych. Dużo nie rozumiała, bo uczona polskiego wiele lat temu na dodatkowych zajęciach, szybko zapomniała zdobytą wiedzę. Polska kojarzyła jej się od dawna bardziej z krajem pochodzenia jej męża niż z jej własną ojczyzną.

Paweł szybko się podniósł, zapewnił, że sobie poradzi. Wybiegł za drzwi, zamknął je starannie, by ta kobieta – wariatka, na pewno – nie była w stanie wśliznąć się do środka i zburzyć ich spokoju.
Chwilę z nią porozmawiał. Uciekła, zalewając się łzami. I tyle ją widzieli. Potem wytłumaczył Annie, że to jedna ze Świadków Jehowy, zdesperowana, by zwerbować nowych członków. Zresztą, nie dociekała, przyzwyczajona do tego, by ufać mężowi bezgranicznie.

Teraz siedzi pochylona nad listami, przy masywnym biurku w jego gabinecie. Laptop otwarty na stronie słownika polsko-angielskiego co chwilę wyświetla nowe słówka, które ona starannie przenosi z pisanej odręcznie korespondencji. Ręka jej drży, gdy wstukuje kolejne linijki. Pluje sobie w brodę, że to zrobiła – że naruszyła tajemnicę korespondencji. Może lepiej byłoby nie wiedzieć? Nie ma pojęcia, czy kiedykolwiek zaufa Pawłowi, skoro był on w stanie zataić taki fakt, jak posiadanie pierwszej żony. A chciała mu tylko sprawić niespodziankę i odgruzować w końcu, na kilka dni przed Bożym Narodzeniem, jego jaskinię. Planowała postawić na biurku roślinę, którą nazywają gwiazdą betlejemską, lampkami udekorować parapet… teraz zamiast gwiazdy w oczach lśnią jej łzy, a całe to swoje zaufanie ma ochotę podrzeć, spalić w kominku wraz z listami z Polski. Tak jej wstyd, tak głupio z powodu własnej naiwności.
Lepiej nie wiedzieć?

OLGA

Jest moją sąsiadką. Od czasu do czasu zamieniamy ze sobą parę słów. Kobiety zazdroszczą jej urody, mężczyźni pozwalają sobie na zaczepki, widząc jej długie, czarne włosy i piękną, smukłą figurę.

Gdy przechodzi przejściem podziemnym, wychodząc na stacji Metro Centrum i zmierzając w stronę Chmielnej, za każdym razem serce podchodzi jej do gardła. To tutaj nagabywali ją nieświeżej aparycji panowie, proponując pracę hostessy, asystentki, stewardessy. Za każdym razem kuliła się w sobie, chroniąc się przed ciosem. Milczała, by nie rozpoznano jej wschodniego akcentu.
Wyjechała z domu kilka lat temu. Rodzice się cieszyli, że opuszcza Kijów. Tam, na Zachodzie, czeka ją lepsza przyszłość, na którą oboje pracują długie godziny. Byle dalej stąd, byle córka znalazła bezpieczne i dostatnie schronienie.

Gdy ty przeklinasz w duchu, że znowu zdradzieckie brzęczenie słoików w plecaku ujawnia twoje pozawarszawskie pochodzenie, ona na jawie śni o zefirkach w czekoladzie, ganiąc się przy tym za bycie dziecinną. Gdy ty, podczas weekendowej wizyty w rodzinnym domu opędzasz się od natrętnych pytań matki, ona się kontroluje, by w czasie rozmowy telefonicznej z rodzicami nie wybuchnąć płaczem, pełnym gorzkiej tęsknoty.

Na ogół jest wesoła i rezolutna, na co dzień nie widać, ile ją kosztuje pobyt w obcym kraju. Lecz czasem spojrzenie jej robi się smutne, pochmurne – gdy przypomni sobie coś z poprzedniego życia, które na zawsze zostawiła za sobą. Gdy zobaczy tatuaż, identyczny, jaki miała jej najlepsza przyjaciółka, z którą miała się nigdy nie rozstać. Gdy przeczyta w gazecie o tych strasznych Ukraińcach, co uciśnionym Polakom zabierają pracę. Gdy w kolejce do kasy w sklepie spożywczym zapomina się i mówi coś ze swoim miękkim akcentem, a kasjer zgina wargi w kpiącym uśmieszku.
Często słyszę ją, jak gra rzewne melodie na skrzypcach, relikcie poprzedniego życia. W muzyce zamyka cały swój ból, by następnego ranka wyruszyć znów do walki o lepsze jutro – z rozwianymi włosami, podniesioną głową.

MARIA

Codziennie punktualnie o dziewiątej stawiała się w pracy.

Wychodziła zwykle około dwudziestej pierwszej. Jako dyrektor finansowa prężnie działającej firmy miała ten przywilej, że jej przepustka działała również w soboty, niedziele i święta. Skwapliwie z niego korzystała.
Była sercem i duszą firmy. Rozkręciła ją z małej, kilkuosobowej spółki w liczącego się gracza tej branży. O nowych, młodych pracownikach, kolejnych zdobywcach świata, z głową pełną ideałów i świeżych pomysłów, mawiała: „moje dzieci”.

Własnych nie miała. Jakoś umknął jej moment na założenie rodziny. Nawet nie o to chodzi, że „nie zdążyła”, jak kiedyś informowała pewna kampania reklamowa zachęcająca kobiety do nerwowego spoglądania na wskazówki zegara biologicznego. Nie o to chodzi, że nie chciała. Po prostu zapomniała. W firmie zawsze było coś do roboty – bilanse miesięczne, roczne, prognozowanie budżetu, zakładanie celów, tabele, excele. Czasami zapominała o posiłkach, spała po kilka godzin na dobę. Bo firma tego wymagała.
Tęsknotę za bliskością odczuwała rzadko i przelotnie. Ot, chwilka przy okazji Świąt, gdy obejmowały ją małe, miękkie rączki jej siostrzeńca, pachnące czekoladą. Moment podczas spotkania biznesowego, gdy do jej nozdrzy docierał zapach męskich perfum. Wrażenia te zatrzymywała gdzieś na progu umysłu, nie pozwalała im dotrzeć do świadomości.
Myślała, że kiedyś, może za kilka lat, gdy firma będzie miała stabilną pozycję, ona będzie mogła odpuścić. Wyjedzie na długi urlop, zadba o siebie, zrzuci te kilka nadprogramowych kilogramów, pójdzie w końcu na jogę, tańce, może nawet zumbę. Podobało jej się, gdy obserwowała te zajęcia w sobotniej telewizji śniadaniowej, spoglądając w ekran znad stosu dokumentów. Może kiedyś – jeszcze nie, jeszcze nie pora.
W lutym tego roku wróciła z długiego, prawie trzymiesięcznego urlopu. Na pytania, gdzie była, odpowiadała jakoś dziwnie, niezręcznie. Schudła kilkanaście kilogramów, lecz wyglądała dość mizernie.
Trzy dni później koledzy zastali przy jej biurku kosz białych róż. I informację, że pogrzeb odbędzie się w następną sobotę.

KRZYŚ

„Prędzej pójdę do Biedronki niż do tej pracy”, odżegnujesz się, gdy ktoś proponuje ci niezbyt atrakcyjną pracę za marne wynagrodzenie.

„Nie ucz się, zobaczysz, wylądujesz na kasie w Biedronce” – grozisz swojemu starszemu synowi, gdy znów przynosi do domu pałę z matematyki. „Jak mnie zwolnią, najwyżej zatrudnię się w Biedronce” – pocieszasz się gorzko, półżartem.
Krzyś pracuje właśnie w tym dyskoncie, który zdobył całą Polskę codziennie niskimi cenami. Ma bardzo jasne włosy, niebieskie oczy, chłopięcą sylwetkę i delikatny głos. Niektórzy mówią, że jest zniewieściały, być może nawet gej. Jakby miało to jakieś znaczenie. Zawsze ustawiają się do niego największe kolejki. Bo Krzyś nie ma miny obrażonego i niedocenionego geniusza, który jakoś przypadkiem znalazł się w tej niefortunnej sytuacji, że jest zmuszony do wykonywania zajęcia powszechnie uważanego za niechlubne.
Krzyś zna imiona całej naszej rodziny. Nie wiadomo kiedy, przy jego obowiązkach, znajduje czas, by zagaić rozmowę, miłą, serdeczną, choć bez przekraczania granic. Kiedyś stwierdził, że moja córeczka jest jednak bardziej do mnie podobna, niż do męża, innym razem wyznał, że zdawał na ASP, lecz nie dostał się, niestety. Niedawno się pochwalił, że wynajmuje sam mieszkanie – wprawdzie dalej od pracy niż dotychczas, ale stać go na własne wynajęte trzydzieści pięć metrów plus balkon.
Często go obserwuję, gdy maszeruje szybkim krokiem do pracy. Zimą zakładał długi szalik we wszystkich kolorach tęczy, niedługo zacznie nosić jaskrawe koszulki. Na ramieniu nosi płócienną torbę, lubię myśleć , że w środku trzyma szkicownik. Zawsze nuci pod nosem, na jego twarzy nie widać znużenia.
Nie wiem, jak on to robi, że zachowuje święty optymizm. Że ma dobre słowo dla tych, co już je wymazali ze swoich słowników, że szczodrze rozdaje uśmiechy i ciągle wiele ich chowa w zanadrzu. Że wyciąga asy z rękawa – krótkie żarty, malutkie pochwały. Że jest tak bardzo stały w pozytywnej opinii o świecie.
Rozmawiamy z mężem, że trzeba będzie napisać o nim do dyrekcji Biedronki list pochwalny. Może nawet do samego portugalskiego Jeronimo Martins. Tymczasem dziękuję mu teraz i tutaj. Cieszę się, że ma odwagę świecić jaśniej na tle szarego tłumu.

MATKA

Widywałam ją codziennie przy Placu Grunwaldzkim.

Ja spieszyłam się do pracy, ona gdzieś szła, do piekarni, może do sklepu spożywczego. Ot, zwykłe spotkania przechodniów, którzy przypadkowo o tej samej porze znajdują się w tym samym miejscu, krzyżując swoje codzienności.
Jedno dziecko zwykle spało smacznie na jej piersi, usadowione w wygodnym nosidle, drugie trzymało rączkę w jej ręce.

Podziwiałam ją z daleka, obserwowałam. Chciałam powiedzieć coś krzepiącego, coś podbudowującego. Z drugiej strony, myślałam, jakim prawem niby mam ją chwalić czy wyrażać podziw, ja, która nie mam pojęcia, czym są jej zmagania, przez co przeszła, przez co przechodzi. Czułam się jak intruz i unikałam nadmiernej obserwacji, wybałuszania oczu. Nawet jeśli patrzyły z aprobatą.
Po pewnym czasie zmieniłam pracę, przestałam jeździć linią tramwajową numer siedemnaście. Natknęłam się na nią jednak znowu, tym razem w nowej piekarni, bliżej domu. Robiła duże zakupy, chleb, kilka bułek, jakieś ciastka. Była z nią starsza córeczka. Spakowały się, już miały wychodzić. Wzięła w rękę laskę, dwie spore płócienne torby i w zaaferowaniu obie zapomniały o lalce dziewczynki, leżącej samotnie na ladzie.
– Proszę pani, jeszcze lalka! – krzyknęłam, szczęśliwa, że mogę jej w czymś pomóc, przydam się, wyjdę z roli niemego obserwatora.
– Ach, dziękuję – głos brzmiał stanowczością, pewnością siebie. Był silny, radosny.
Znów pomyślałam, że nic o niej nie wiem. Że może ona daje sobie radę tak jak ja, może nawet lepiej.
Niewidoma matka. Cicha bohaterka.

STARSZA PARA

Ona w swej jesieni, w swej jesieni on. Oboje krusi jak porcelana, spokojni.

Jechali tym samym autobusem, co ja. Deszcz mżył za oknem, pogoda była tak marna jak dzisiaj.
– Ręce mi zmarzły na kość – powiedziała ona, maleńka jak lalka.
– Daj, ogrzeję je w swoich – odparł on, zgarbiony życiem.
– Uważaj, nie ściskaj, krew odpływa.
– Dobrze, już, dobrze, ogrzej się jak od piecyka – powiedział cicho, uśmiechnął się ledwo widocznym uśmiechem.
– Wiesz, trzeba już wyjąć rękawice, jest coraz chłodniej. Wyjmę z pawlacza i twoje, i moje – zdecydowała, jak wiele razy przedtem, każdej jesieni, co zmieniała się w zimę.
Zamilkli. Jechali dalej, zwyczajni, z sercami wypełnionymi skromną miłością.

OLA

Gdy patrzysz na nią, widzisz młodą, delikatną dziewczynę, pełną wdzięku i beztroski.

Taka grzeczna, ułożona, miła, nikomu nie wadząca – marzenie każdej kobiety, mającej syna na wydaniu.

Nie dostrzegasz tego, że na dnie szarych oczu kryją się wyschnięte studnie łez, których płynęło w jej życiu zbyt wiele. Nie zgadujesz, ile dni przeleżała nieruchomo, w zmiętej pościeli, niezdolna do wykonania innych czynności poza fizjologicznymi. Nie masz pojęcia, że kilka lat trwała w beznadziei, spowodowanej tragedią.

Gdy straciła ojca, który odszedł przedwcześnie z powodu nowotworu, nie potrafiła się podnieść na czas, nie zdołała wejść w rytm zdawania kolejnych egzaminów na uczelni medycznej. Tkwiła w zawieszeniu, pomiędzy pustką a rozpaczą, nie chciała wiele – tylko spokoju.

Kiedy odżyła, nie wiedziała, komu dziękować – postanowiła odwdzięczyć się światu i oddać mu część siebie. Została dawcą szpiku. Dwukrotnie, tej samej osobie, uratowała życie, bez chwili wahania decydując się na zabieg.

Po latach dowiedziała się, że człowiek tak szczodrze przez nią obdarowany, cierpiał na glejaka – nosił w sobie tego samego cichego zabójcę, co jej ukochany ojciec.

Tym razem się udało.

Od tamtej pory uśmiech nie schodzi jej z twarzy, a ona promienieje blaskiem osoby, która coś już przeżyła. I coś zrozumiała.

FRANIA

Po dwóch latach trafiliśmy z synem do tego samego szpitala, na podobny zabieg. Pielęgniarka, ta sama co poprzednio, powitała nas tym samym szerokim uśmiechem.

–  Pani mnie nie poznaje – zagadnęła, choć ten uśmiech trudno zapomnieć – chemię miałam, włosy mi dopiero odrastają. Schudłam trochę.

–  Ależ poznaję, pani Franiu – ma pani córkę w Stanach, dwóch synów, prawda? – przypomniałam sobie ostatnie pani Frani zwierzenia. Przechowuję w pamięci wiele opowieści, próbując dzięki nim dotrzeć do istoty życia. Mam świadomość, że moje wysiłki są bezskuteczne – lecz poszukiwania tego, co istotne, pomaga mi w budowaniu własnej ścieżki.

–  Tak, tak, zgadza się. W ciągu dwóch lat sporo się u mnie wydarzyło… 

Posiedziałyśmy, pogadałyśmy. Pani Frania przeszła rozległą operację po tym, gdy wykryto u niej nowotwór podczas rutynowego badania. Personel całego szpitala składał się na jej leczenie. Koleżanki i koledzy organizowali zbiórki, sekundowali jej w powrocie do zdrowia, choć szanse były nikłe. Właściwie bliskie zeru.

–  I teraz już jest wszystko w porządku. Na ostatniej kontroli czułam się, jakby to mnie już nie dotyczyło. Wszyscy mówią, że pokonałam to swoją wolą życia i energią. Pani wie, o czym mówię, pani też szalona – Frania spojrzała na mnie z porozumiewawczym uśmiechem.

–  Niesamowita pani jest! – krzyknęłam z podziwem.

–  Życie trwa, dopóki trwa, pani Małgosiu. Po dwudziestu dziewięciu latach rozwiodłam się z mężem. Choroba dużo w ludziach odkrywa. I dobrego, i złego.

–  No dobrze, ale jaką nagrodę pani sobie przyznała za tę całą chorobę?

–  Moją nagrodą jest to, że mogłam po pięciu miesiącach wrócić do pracy. Że mogę znów czuć się potrzebna, działać. No, to moja największa nagroda. 

Pani Frania wróciła do swoich obowiązków. A ja po raz kolejny zaczęłam rozmyślać nad tym, jak wielu wśród nas cichych bohaterów. I jak mało o nich mówimy.

EMILIA

W zeszłym miesiącu kupiła trzy nowe książki – sprowadziła je ze Stanów, bo w Polsce wciąż były nie do zdobycia. „Mea culpa”, myślała, „moja bardzo wielka wina – znowu przez pół miesiąca będę jadła makaron z keczupem. Dobrze, że koty mają karmy na zapas”.

Mieszka sama. Jest starą panną, nie żadną singielką. Ma dwa koty, regały wypełnione po brzegi książkami. Encyklopediami, leksykonami, Kopalińskimi, Kotarbińskimi, Parandowskimi. Na ścianach wiszą stare ikony, na komodach leżą dziergane serwetki. W powietrzu unosi się kurz i wspomnienia dawnego życia.

Tego przed szkołą. Przed szkołą była nieśmiałą dziewczyną, zawsze trochę z boku. Przed szkołą nie wiedziała, w którą pójść stronę. Może do zakonu? Nie, czuła już wówczas, że nie zniosą tam jej niezależności myślenia. Wyjechać z kraju? Hm, ale nie zna angielskiego tak perfekcyjnie jak łaciny, ośmieszy się, gdziekolwiek pojedzie.

Wybrała szkołę. Natychmiast się wciągnęła. Pani od łaciny, ale i od życia. Młodzież jej ufała, a ona rozkwitała w otoczeniu młodzieńczej energii. Lubiła obserwować ten niepowtarzalny moment w życiu, ten wyjątkowy czas, gdy kształtuje się osobowość młodego człowieka. Gdy Młode wszystko neguje po to, by wybrać tylko niektóre. Gdy jest jak magma, płynne złoto – z którego powstanie ktoś wyjątkowy. Czuła się jak alchemiczka, która miesza w ludzkich umysłach – by jak najwięcej z nich dobra wydobyć. I miłości.

Kochała te dzieci. „Jej dzieci” – jak o nich myślała. Zagapiła się trochę, nie zdążyła. Nie urodziła swoich. Te szkolne jej wystarczały.

A potem przyszedł strajk. Co się nasłuchała, co się naczytała o sobie… wszystko, w co do tej pory wierzyła, stanęło pod znakiem zapytania. Urocza Anka, która jeszcze trzy lata temu składała jej podziękowania przy okazji obrony własnego doktoratu – lżyła ją, szydziła, że pani profesor się w głowie poprzewracało, że roszczeniowa, taka, owaka… Było się uczyć czegoś praktycznego, nie w tej łacinie siedzieć… było się zakręcić za pracą w korporacji, nie podoba się, to won z kraju.

Zaczęła się bać własnego cienia. Na ulicę wychodziła z lękiem, jakby wykrzyknik miała wypisany na czole.

Dziś wyszła po zakupy, bo już i mleko się skończyło, i kawa, i papierosy, które w sekrecie zaczęła popalać. Wchodząc na klatkę z dwoma siatkami, zerknęła do skrzynki na listy. Dostrzegła wielką kopertę. Odłożyła zakupy, wyjęła list. Na czerwonej kopercie nie widniał ani znaczek, ani adres nadawcy. Drżącymi rękami rozerwała ją, spodziewając się anonimu – literek wyciętych z gazet, życzenia śmierci czy podobnych wyrazów sympatii.

Ze środka wypadło zdjęcie – Matura 2008. Uśmiechnięte dziewczyny, pośrodku ona, profesorka od łaciny. Na odwrocie kilka słów:

„Pani profesor, wspieramy panią całym sercem. Dziękujemy za wszystko.” I podpisy.

I jeszcze cztery bilety do teatru, precyzyjnie dobrane pod jej preferencje.

Usiadła na schodach. Rozpłakała się. Tego już było dla niej za wiele.

Podobało Ci się? Zapraszam na fejsbukową Pełnię. Tam znajdziesz dużo więcej historii i artystycznych inspiracji.



8 komentarzy

  • Janusz

    Małgosiu, dzięki za piękny zastrzyk optymizmu. Wielkie dzięki.

    Odpowiedz
    • Małgosia

      Cała przyjemność po mojej stronie, Januszu 😁 – podarować Czytelnikowi odrobinę optymizmu i nadziei to jedno z moich marzeń jako autorki.

      Odpowiedz
  • Magda M

    Chyba Krzyś i Matka to moi ulubienie bohaterzy 😉
    Krzyś za optymizm, a matka za to, że okolicę kojarzę, ale jej nie ujrzałam.

    Odpowiedz
    • Małgosia

      Też już dawno jej nie widziałam… może się przeprowadziła? A Krzyś ciagle umila nam zakupy fajną rozmową i roześmianym obliczem 😁.

      Odpowiedz
  • Natalia

    Cudowne historie, inspirujące i takie bliskie! Planujesz więcej takich wpisów? Jak poznajesz historię tych ludzi?

    Odpowiedz
    • Małgosia

      Słucham, obserwuję… klasycznie, jak każdy pisarz ☺️. Oczywiście, stopniowo dokładam nowe historie – powstaje z tego wpis, ale w głowie już rodzi się nowy projekt…

      Odpowiedz
    • Monika

      Małgosiu, wzruszam się jednak zawsze, gdy czytam Twoje teksty. Wyciągasz emocje jak niteczki. Emilia mnie rozsypała na kawałki…

      Odpowiedz
      • Małgorzata

        Bardzo Ci dziękuję, Monia, za ten komentarz! Taki już ze mnie człowiek, co rozsypuje ludzi, by mogli się z powrotem poskładać ;).

        Odpowiedz

Zostaw komentarz

Accessibility
Font Resize