Cykle literackie

W@rszawa pod ich stopami

Z przyjemnością przedstawiam Wam efekt projektu, jaki realizujemy wspólnie z Damianem z bloga Czarna Skrzynka. Damian pisze opowiadania, w których pokazuje świat widziany męskim, uważnym okiem, niejednokrotnie wzruszając mnie niemal do łez. Jakiś czas temu zaproponowałam mu współpracę. Pomyślałam: a co, jeśli ta sama historia zostanie przedstawiona z dwóch różnych perspektyw? Jeśli pokażemy, jak różnie dwie osoby mogą odbierać tę samą relację? Bardzo się ucieszyłam, gdy Damian zgodził się na ten eksperyment literacki. Współpraca okazała się czystą frajdą, a w jej wyniku dowiedziałam się czegoś nowego o ludzkiej naturze.

Zapraszam Was serdecznie na cykl listów „W@rszawa pod ich stopami”.

Ona – trochę niepoukładana, niepewna siebie, szukająca swojej drogi, niespodziewanie dostała list od byłego chłopaka.

List 1

Dzisiaj znów ją usłyszałem. Po raz pierwszy od bardzo dawna. Tamtą piosenkę. Caruso.

Naszą piosenkę. Pamiętasz? Chociaż zważywszy na wspomnienia, które przywołała z przeszłości żałuję, że w ogóle wybrałem się na ten cholerny spacer. To było zbyt bolesne. Zbyt raniące. Dręczące. Mimo upływu czasu. Szedłem Nowym Światem, obserwując zachodzące słońce. Było coraz niżej nad dachami kamienic. A potem widziałem już je tylko, kiedy mijałem kolejne ulice. Chmielna. Warecka. Świętokrzyska. Aż znikło całkowicie.

Zupełnie jak wtedy. Kiedy chcieliśmy przejść całą drogę. Od bramy San Sebastiano aż do Frattocchie. Pamiętasz? Cała Via Appia Antica! Dwójka naiwnych turystów, którzy nagle zapragnęli poczuć się co najmniej jak Marek Antoniusz i Kleopatra. Albo przynajmniej jak Vorenus i Niobe. Czyż to właśnie nie dzięki serialowi „Rzym” postanowiliśmy zobaczyć Wieczne Miasto ich oczami?Nasz pierwszy wspólny wyjazd. Zaraz na samym początku. Kiedy byliśmy jeszcze tacy spięci. Ja taki milczący. I taki ważący słowa. Żeby tylko nie powiedzieć nic głupiego! Nic dyskredytującego w Twoich oczach. Natomiast Ty tak rozkosznie uprzejma. Wręcz

nadskakująca. Jak wtedy w samolocie: „Czy podać ci wodę?”, „Czy zamówić nam kawę?”. I jak później oboje śmialiśmy się z siebie. Jakież to było głupie! Chociaż, kiedy teraz patrzę na to z perspektywy czasu uważam, że było to po prostu… urocze. I dobre. Cholernie dobre. Jedna z niewielu dobrych rzeczy, które mi się przytrafiły.A potem, jak w połowie drogi zastał nas wieczór? Wracaliśmy pośpiesznie, a w zapadających ciemnościach z pomiędzy kamieni zaczęły wypełzać bezkształtne cienie. Kamieni, po których z pewnością stąpał Święty Piotr. I jak zaczęłaś tulić się do mnie. Bałaś się. A ja byłem wprost przerażony. O mało nie umarłem ze strachu, kiedy mijaliśmy tamtych typków stojących w całkowitym milczeniu i gapiących się na nas. I kiedy mijaliśmy katakumby. Ale chyba nie dałem tego po sobie poznać. Myślę, że chyba wtedy, jak nigdy więcej dane nam było poczuć klimat starożytnego Rzymu!

Dzisiaj to wszystko wróciło. Z podwójną siłą. Niedaleko kościoła Świętego Krzyża. Brudny i haniebnie obdarty klon Lucio Delli śpiewał na całe gardło tę piosenkę. Nawet podobny do oryginału. Naszą piosenkę! A ja się poddałem. Złamałem daną sobie obietnicę. Dałem ją sobie w dniu, w którym się rozstaliśmy. Że znikniesz z mojego życia. Na zawsze! Że już Cię nie zobaczę. I że już nigdy o Tobie nie pomyślę!

Sam nie wiem, jakim cudem udawało mi się tak długo. Wyprzeć Cię z pamięci. Jedyny skuteczny sposób. Tak mi się przynajmniej wydawało. Żeby o kimś zapomnieć. Całkowite wymazanie z najgłębszych rejestrów mózgu. Pozbycie się nawet najmniejszych śladów. Najdrobniejszych okruchów, które mogą przypominać Ciebie. I to nieustanne pilnowanie się.

Prawdziwa udręka. Żeby nie patrzeć na falujące kłosy zboża, bo ich kolor łudząco przypomina Twoje włosy. Nie wdychać zbyt głęboko zapachu kwiatów, bo gdzieś tam może kryć się aromat Twoich ust. Nie słuchać żadnych piosenek, bo można… zwariować! Zwyczajnie postradać zmysły.

Sam nie wiem, dlaczego to zrobiłem. Pozwoliłem, aby tamte chwile powróciły. Abyś Ty powróciła.

Ale najbardziej dręczy mnie jedno pytanie. Na pozór proste i na które tak wiele razy odpowiadaliśmy sobie. Chociaż tak naprawdę chyba oszukiwaliśmy się. Nawzajem.

Co się z nami stało?

Jej odpowiedź na Jego list – poniżej:

Trochę mnie zaskoczyłeś tym listem. Odpisuję dopiero teraz, po tygodniu, bo sama nie wiem, co o tym myśleć, co myśleć o Tobie. Ciągle jeszcze nie poukładałam siebie tak, jakbym chciała, ciągle jestem na etapie „strony w budowie”. Twój list sprawił, że wspomnienia ożyły na nowo, że znów przypominam sobie drogę, jaką przeszłam.

Wtedy, w samolocie, cała drżałam o to, co o mnie pomyślisz. Ty zawsze byłeś taki gładki, dystyngowany, poukładany. W myślach nazywałam Ciebie arystokratą. Próbowałam się dostosować do Twojego świata, do Twoich oczekiwań. Sądziłam, że podobają Ci się eleganckie kobiety – nienagannie uczesane, z delikatnym makijażem. Takie akurat, szyte na miarę zdolnego , ambitnego studenta, o którego będą się zabijać pracodawcy. Ja zawsze byłam trochę rozczochrana, trochę nieobecna, ze szminką na zębach.

Tamta wycieczka do Rzymu była dla mnie przepustką do nowego świata – nowej, dojrzałej mnie, z nareszcie dojrzałym mężczyzną u boku. Zmęczona byłam Piotrusiami Panami, w Tobie widziałam ostoję, powagę, gwarancję stabilizacji. Modliłam się, by nie popełnić żadnej gafy. Dzień wcześniej wkuwałam na pamięć przewodnik po Rzymie. Pamiętasz, jak Ci imponowałam znajomością dzieł Michała Anioła i sypałam ciekawostkami na temat Kaplicy Sykstyńskiej? Ech, jak ja się bałam, że przyłapiesz mnie na jakiejś nieścisłości.

Uważasz, że ta nasza uprzejmość, to nadskakiwanie było dobre – cóż, dla mnie to był gorset, który więził nas jako ludzi, czyniąc z nas herosów. Prędzej czy później zacząłby nas uwierać. Ubolewam nad tym. Może gdybyśmy wtedy poznali siebie naprawdę, nie byłoby tych wszystkich nieporozumień, tej góry niedomówień, fontanny pretensji, która wytryskiwała w najmniej spodziewanym momencie. Może nie musiałabym siebie szukać, bo nie zgubiłabym siebie pośród koronek i butów na szpilce, które nosiłam tylko po to, by Ci się podobać. Może Tobie by ulżyło, gdybyś nie musiał zgrywać przede mną bohatera, gotowego walczyć z rzymskimi oprychami? Gdybyś mógł przyznać, że się boisz?

Piję białe wino, mój narzeczony znów odbębnia nadgodziny.  Jestem na balkonie, patrzę w stronę Pałacu Kultury, nad którym zachodzi czerwone słońce. Zaczynam o Tobie myśleć, niestety, głupia ja. Nie wiem, czy to dobrze, że się odezwałeś, że przypomniałeś mi naszą piosenkę i cały wszechświat emocji, który nas łączył.

Chcesz wiedzieć, co się z nami stało… Może spotkaliśmy się za wcześnie? Może tamta mała, dziecinna, nieśmiała ja nie była kobietą, na którą czekałeś?

Kto wie?

 

Milej mi będzie zasypiać samotnie, wiedząc, że ktoś jeszcze o mnie myśli pod tym samym warszawskim niebem.

Po kilku dniach otrzymała kolejny list od Niego. List spowodował w Niej spory emocjonalny zamęt.

List 2

Muszę Ci się do czegoś przyznać. Po Twoim liście postanowiłem, że nie dam żadnej odpowiedzi. Że zamilknę. Że już więcej się nie odezwę. Dam sobie spokój. Na zawsze. Bo nie ma sensu wracać do czegoś, co jest już historią. Było minęło. Nie udało się. Więc po co do tego wracać? Jeszcze raz przechodzić przez coś, co wywołuje tylko ból. Fizyczne cierpienie, które rani do krwi. Do kości.

Dlatego tak długo się nie odzywałem. Musiałem jeszcze raz wszystko sobie poukładać. Odbyć ze sobą szczerą rozmowę. Tak szczerą, jak tylko się da. Bo każda nieszczerość wobec samego siebie jest tylko nędznym oszustwem. I wierz mi – to wcale nie była łatwa rozmowa.

Rzekłbym, że była to najtrudniejsza rozmowa w moim dotychczasowym życiu. Tak naprawdę to Ty ją sprowokowałaś. Tak! Nie ma najmniejszych wątpliwości. Twoja niewinna wzmianka o… narzeczonym. Niestety. I żeby wszystko było jasne – nie mam do Ciebie o to żadnych pretensji! Absolutnie. Masz całkowite prawo poukładać sobie życie, jak tylko Ci się podoba. Bo to Twoje życie. Nikomu nic do tego!

Tu bardziej chodzi o… mnie. Wyłącznie o mnie. Muszę Ci coś wyznać. Po naszym rozstaniu całą swoją złość skierowałem w Twoją stronę. Byłem po prostu zły na Ciebie. Wściekły. Jak człowiek, który obwinia kogoś o wszystkie swoje niepowodzenia. Za zmarnowane życie. Za podeptane marzenia. Za setki niespełnionych złudzeń. Za stracony czas!

O Boże, jak ja wtedy chciałem się zemścić. Na Tobie. Ukarać Cię. Za wszystko. Odegrać się. Odbić sobie z nawiązką wszystkie frustracje, jakie mną miotały. Wstyd mi się przyznać, ale przeklinałem Cię w myślach. Ileż w myślach dialogów przeprowadziłem z Tobą będąc na spacerze. Albo w pracy. Albo w hipermarkecie. Aż ludzie oglądali się za mną i dziwili, co to za czubek, który nieustannie gada do siebie.

Oszczędzę Ci szczegółów, ale chcąc zapełnić pustkę po Tobie, rzuciłem się w wir towarzystwa. Czasem dobrego, czasem niezbyt odpowiedniego. Zwykle podejrzanego. Najczęściej złego. Poznałem wiele kobiet. Zawierałem z nimi znajomości. Z jednymi bliskie, a z innymi całkiem bliskie. Wobec niektórych miałem nawet złudzenia. Jakieś plany. Jakieś mgliste przeczucia, że może tym razem to jest to! Że spotkałem kogoś, kto pozwoli mi zapomnieć o… Tobie. Bo chyba tylko takich kobiet szukałem.

Czy wiesz, jakie jest najgorsze uczucie na świecie? Otóż ja je poznałem. I to niejeden raz. Właściwie było to za każdym razem. To uczucie, kiedy rano budzisz się obok nowo poznanej kobiety i patrząc na nią uświadamiasz sobie, że ona nic dla ciebie nie znaczy. Że kiedy wstanie i pójdzie sobie, ty natychmiast o niej zapomnisz. Nie będziesz chciał jej opowiedzieć, jak się wspaniale czujesz. Jak pięknie słońce rzuca refleksy światła na podłogę w sypialni. Jak wybornie smakuje kawa leche cortado przyrządzona przez Ciebie. Że najpierw idzie warstwa skondensowanego mleka, następnie mocne espresso, a na koniec puszysta śmietanka! Niczym nie będziesz chciał się z nią podzielić. Nigdy.

Pamiętasz tamten sklepik z maskami? To chyba było gdzieś niedaleko Watykanu. Tak bardzo byłaś nimi zachwycona. Zwłaszcza weneckimi. I jak obiecaliśmy sobie, że w następną podróż wybierzemy się właśnie do Wenecji! I jak oboje przymierzaliśmy je. Mówiłaś wtedy, że maski pasują do mnie, bo całkowicie mnie odmieniają. Wręcz zmieniają mój charakter. I podczas gdy Ty się wyśmienicie bawiłaś, ja w tym maskach czułem się… nieswojo. Czułem jakiś lęk. Jakiś mrok. Nie byłem sobą.

Tak samo nie byłem nigdy sobą z tymi kobietami. Zawsze przybierałem jakąś maskę. W zależności od sytuacji. Raz dowcipnego wesołka, niekiedy otrzaskanego w świecie mędrca, a czasem wręcz zwykłego przygłupa. Najczęściej. Żeby tylko zasłużyć na czyjąś uwagę. Wzbudzić zainteresowanie. Coś udowodnić.

I tylko z Tobą nie musiałem tego robić! Niczego nie musiałem. Byłem po prostu… sobą. W stu procentach. Bardziej się już nie dało. Żadnych masek. Żadnych pozorów. Żadnego udawania.

Sam nie wiem, dlaczego znów to zrobiłem. Znów napisałem do Ciebie. Rozdrapałem rany.

Być może dlatego, że znów chciałem to poczuć?

Znów poczuć się… sobą (?)

Odpowiedź od Niej:

Naprawdę, mówiłeś sam do siebie i nie zważałeś na to, co inni o Tobie pomyślą? To zupełnie nie w Twoim stylu. Pamiętasz, jak Ci zarzuciłam brak spontaniczności? Właśnie wtedy, gdy przymierzaliśmy maski weneckie, tak bardzo się zdenerwowałeś, rzuciłeś jedną z nich ze złością, cisnąłeś na ladę straganu. Wzbudziłeś strach sprzedawczyni, a mój gniew. Dla mnie była to po prostu dobra zabawa – Ty się obawiałeś, że przy tak niewinnej igraszce stracisz twarz.

Wydawało mi się, że wszystko traktujesz zbyt poważnie, jakby musiało mieć wielkie znaczenie. Pamiętasz? Miałeś wobec mnie plany, wspominałeś o ślubie… Bałam się tych wielkich słów, które wypowiadałeś patrząc na mnie tak, jakbym była wszystkim.Nie chciałam być wszystkim. To była za duża odpowiedzialność. Piszesz teraz, że przeze mnie traciłeś rozum, że przeze mnie spotykałeś się z kobietami, które dla Ciebie nic nie znaczyły. Że tylko przy mnie możesz być sobą… wprawiasz mnie w zakłopotanie i znów zrzucasz na mnie ciężar, który trudno mi udźwignąć.

Jednocześnie jakaś część mnie za nim tęskni. Tęsknię za Tobą. Za całonocnymi rozmowami -mój narzeczony uważa, że są niedorzecznością, gdy następnego dnia trzeba wstać do pracy. Za wytrwałym poszukiwaniem włoskiego smaku focacci w warszawskich knajpkach, za zapachem Twoich perfum, które na nikim innym nie pachną tak pięknie. Nawet za Twoim umiłowaniem pedantycznego porządku – śmiać mi się chce, gdy koszule narzeczonego składam według Twoich instrukcji.

Śnisz mi się więcej razy, niż wypada, wbrew zdrowemu rozsądkowi i na przekór mojej nowej miłości i moim planom.

Notabene, dziękuję Ci, że łaskawie pozwoliłeś mi na związanie się z moim narzeczonym. Wiesz co, nasza miłość jest taka w sam raz, taka do udźwignięcia, jest przyjaznym
towarzyszeniem i wspieraniem się na co dzień. Nie spalamy się w jej ogniu, delikatny żar pozwala nam spokojnie ogrzewać naszą rzeczywistość. Takiej Ci życzę. Najlepiej będzie, gdy wspólnie zapamiętamy to, co najlepsze w nas było. I pójdziemy dalej.

Po ostatnim liście od Niej zrobiło się trochę nerwowo… On napisał kilka słów, które miały być pożegnaniem. Ona próbowała zapomnieć… jednak On nie wytrzymał. Napisał kolejny list.

List 3

Czy wiesz, co najbardziej ceniłem w naszym związku? Co było najważniejszą rzeczą, która tak naprawdę przesądziła o tym, że pokochałem cię uczuciem tak silnym, że aż uczyniła ze mnie niewolnika?

Zbyt wiele razy Ci o tym przypominałem, żebyś teraz mogła o tym tak łatwo zapomnieć! Szczerość.

Tak! To ona. Nigdy wcześniej niedane mi było spotkać kogoś, z kim mógłbym dzielić się wszystkim. Absolutnie wszystkim! Przed żadnym człowiekiem nie potrafiłem otworzyć się tak szeroko,jak przed Tobą. Nawet przed rodzicami. Nie sądzę na przykład, abym kiedykolwiek zdobył się na odwagę, żeby powiedzieć im, jak bardzo uwierał mnie ten ich małomiasteczkowy styl życia z tym ich przywiązaniem do tego, co powiedzą sąsiedzi; ploteczkami oraz negowaniem wszystkiego, co nowe!

Ale jeszcze bardziej doceniałem to, że zawsze przyjmowałaś moją szczerość z pełnym zrozumieniem i ze swojej strony zdobywałaś się na to samo. Zawsze głęboko w to wierzyłem. Nigdy nie miałem wątpliwości, że mogłoby być inaczej.

Dlatego jest mi teraz niezwykle przykro, że potraktowałaś moje uczucia, o których szczerze opowiedziałem Ci w ostatnim liście tak obcesowo! Jakby moja szczerość była czymś złym, wywołującym u Ciebie irytację, a nawet gniew.

Chyba zaczynam żałować, że w ogóle do Ciebie napisałem…

List 4

Muszę Cię przeprosić za mój ostatni list! Napisałem go pod wpływem zbyt emocjonalnej reakcji na Twoje słowa i teraz żałuję, że go w ogóle wysłałem. Nie miałem prawa oceniać Twoich słów i co gorsza, oskarżać Cię o brak zrozumienia w stosunku do moich odczuć. To było cholernie niesprawiedliwe z mojej strony. Bo, to przecież ja zjawiłem się niespodziewanie w Twoim życiu numer 2 i nie mam najmniejszego prawa oczekiwać, że Twoje zachowanie w stosunku do mnie będzie takie, jak było dawniej.

Przepraszam!

Wiesz, dzisiaj byłem świadkiem niezwykłej sceny i chciałbym Ci o niej opowiedzieć. Ktoś mógłby powiedzieć, że była to normalna sytuacja, jaką każdego dnia można spotkać na naszych ulicach. Ktoś inny mógłby rzec, że była tragiczna i odsłaniała wszystko to, co w ludziach najgorsze. A jeszcze inni nazwaliby ją najbardziej romantyczną sceną, jaką przyszło im zobaczyć. Zabawne, ale w tym na pozór zwykłym zdarzeniu każdy może ujrzeć dokładnie to, co chce widzieć. I, co najbardziej niezwykłe, każdy z nich będzie miał rację!

Kiedy ich zobaczyłem, wyglądali na pierwszych lepszych staruszków. Nic niezwykłego. Ot, dwójka dziadków na spacerze w Ogrodzie Saskim. Ona na wózku inwalidzkim. Zasuszona i pomarszczona jak nałęczowska śliwka. On zaś typowy dziadziuś. Siwe włosy, kapelusik i sarmackie wąsiska. Nie wiem, ile mógł mieć lat, ale jeszcze z werwą pchał wózek po żwirowanych alejkach.

Gdy przechodziłem obok nich, usłyszałem jak mówi do niej: „A dałabyś sobie już spokój! Całe życie się mnie czepiasz i czepiasz. Nigdy nic ci się nie podoba!”. Nie był przy tym zły. Albo zdenerwowany. Albo zgryźliwy jak to często przydarza się takim staruszkom. Był po prostu neutralny. Jakby stwierdzał oczywistą rzecz. Jak wtedy, kiedy ktoś mówi, że jeśli na horyzoncie zbierają się czarne chmury, to z pewnością wkrótce spadnie deszcz.

Więcej nie słyszałem. Zostawiłem ich w tyle pochłonięty własnymi sprawami. Ale jego słowa dźwięczały mi w uszach nieustannie. Przyczepiły się do mnie niczym natrętna mucha. Nie mogę się od nich uwolnić. Bo wywołały we mnie jakiś niepokój. Poruszyły mnie. I, co chyba najważniejsze – zmusiły do myślenia. O Tobie. I o mnie. O nas.

Czy to, czego byłem świadkiem, było uosobieniem tego słowo na „M”? Słowa, o którym ludzie tak często mówią, ale chyba mało kto rozumie, co ono tak naprawdę znaczy? Najpopularniejsze słowo, jakie można usłyszeć w dialogach filmowych i chyba w każdej piosence na świecie. Cholernie nadużywane w dzisiejszych czasach.

Tak, chodzi mi dokładnie o to słowo!

Nie wiem, czego dotyczyła ich rozmowa. Czy rozmawiali o czymś niezwykle ważnym, wręcz dla nich najistotniejszym? Sprawa życia i śmierci. W końcu w ich wieku chyba coraz częściej rozmawia się o rzeczach ostatecznych (?). A być może było to coś zupełnie nieistotnego. Z punktu widzenia człowieka.

Jak rozmowa o tym, kiedy w tym roku wypadają święta. Albo, co lepiej kupić na kolację? Pasztet czy polędwicę sopocką? Już nigdy się tego nie dowiem. Prawdę mówiąc, nawet nie bardzo chce mi się tego dociekać.

Natomiast bardzo dręczy mnie zupełnie inne pytanie. Jakaż to siła sprawia, że nadal są razem? Pomimo upływu lat. Bardzo wielu lat. Z kontekstu rozmowy wynika, że są z sobą od samego początku. Czyli od jakichś sześćdziesięciu kilku lat. Ludzie wtedy tak wcześnie się żenili. I pomimo tego, że ona się go cały czas czepia. O wszystko. Że pewnie nie tak wyobrażała sobie życie. Że chciała czegoś więcej. Od życia. I od niego. Bo raczej nie od siebie. Że nie został dyrektorem tej fabryki, w której tak ciężko harował. Albo szkoły, której poświęcił całe życie. Tak, jak inni mężowie. Ciągle awansowali, zapisywali się do Partii, kombinowali. Dostawali talony na duże fiaty; budowali domy z materiałów, które miały iść na szpital albo przedszkole; pili wódkę z naczelnikiem w gminie, albo przemycali złoto w kostkach masła ze Związku Radzieckiego. Słowem – radzili sobie jakoś. Bo przecież inni też tak robili.

I mimo tego wszystkiego, tych wiecznych pretensji, czasami ocierającymi się o pogardę, nie zostawiła go. Przetrwali to. Jak żeglarze podczas sztormu, który połamał ster w ich jachcie i podarł wszystkie żagle. Ale przeżyli. Nic nie mają. Jednak są razem. Aż do następnego sztormu.

A on? Przecież musiał czasami mieć wszystkiego dosyć. Całkowicie. Pewnie wiele razy chciał to rzucić. W cholerę! Zwłaszcza ją. Za to jej wieczne czepianie się. Przypieprzanie. Marudzenie. Zmierzłowatość. Jojczenie. Poniżające mężczyznę wieczne porównywanie do innych mężów, ojców i kochanków. A przecież mógł związać się z inną! Zaraz… zaraz… jak jej było na imię? Basia? A może Kasia. Dawne dzieje. Właściwie to już prehistoria. Pewnie już dawno nie żyje. Pracowali biurko w biurko. Często jeździli razem w delegacje. Na kontrole. Spali po wszawych hotelach. Ale nigdy nie nudzili się ze sobą. Byli przecież stworzeni dla siebie. Te same poglądy, te same marzenia, te same plany. O nic się nie czepiała. Ale coś nie wyszło. Może gdyby spotkał ją przed ślubem? Swoim ślubem. Z tą, która się go wiecznie czepia. Któż to teraz może wiedzieć?

Wiesz, że patrząc na nich przez moment – chwilę krótszą niż trwa mrugnięcie powieki – zobaczyłem nas. Zabawne, prawda? I nagle zadałem sobie pytanie. A właściwie dwa pytania.

W jaki sposób oni przetrwali razem tak długo?

A dlaczego nam się to nie udało?

I w końcu, jak właściwie nazwać to, co nas łączyło?

Czy to właśnie było to słowo?

Słowo na „M”?

On coraz głębiej wdziera się w przestrzeń jej umysłu i duszy:

Sama nie wiem, co się ze mną dzieje. Dziś mierzyłam suknię ślubną, ostatni raz przed „najszczęśliwszym dniem mojego życia”. Za trzy miesiące o tej porze będę nosiła jego nazwisko. A ja, na widok panny młodej w lustrze miałam ochotę płakać. Wcale nie ze szczęścia.

Tak bardzo się cieszę, że do mnie napisałeś. Tak bardzo się bałam, że Twój poprzedni list będzie ostatnim. Nie wiem, o co chodzi, myślę ciągle o Tobie. Porównuję mojego narzeczonego z Tobą przy każdej okazji. Ty jesteś intelektualistą, z którym można rozmawiać równie swobodnie o czarnej dziurze, jak i o roślinach modyfikowanych genetycznie. Dla niego liczy się wysokość kredytu hipotecznego i ciepłe skarpety, gdy temperatura spadnie poniżej zera.

Pytasz, czy Cię kochałam… czy czułam do Ciebie to wielkie, romantyczne na literę M. To było coś więcej niż miłość, to było szaleństwo. Jednym swoim słowem mogłeś mnie zabrać do nieba lub strącić do piekła rozpaczy. Znaczyłeś dla mnie zbyt wiele, a to mnie przerażało.

Mówisz, że ci staruszkowie razem od sześćdziesięciu lat – może dlatego właśnie, że uczucie swoje podgrzewają na maleńkim płomieniu, takim, co tli się spokojnie, a nigdy nie gaśnie?

Ja Cię kochałam i nienawidziłam. Po równo. Nie wiedziałam czasem, gdzie podziać oczy, gdy śmiałeś się z mojej niewiedzy. Wprawiałeś mnie w kompleksy, choć pewnie nieświadomie. Myślałam, że to jakaś pomyłka, że nie możesz mnie kochać aż tak. Że prędzej czy później mnie porzucisz, może nawet tuż przed ślubem. Pamiętasz, gdy mi się oświadczyłeś, w pierwszej chwili się ucieszyłam. Lecz zaraz potem oczami wyobraźni zobaczyłam nas w momencie zawierania związku – wyobraziłam sobie, że przepraszasz mnie, lecz to był tylko żart.

Bo to nie mogła być prawda. Takie miłości się nie zdarzają. Byliśmy tak różni, tak bardzo odlegli. Ty – wykształcony, z dobrego domu, z zasadami wypisanymi na czole. Pracowity i poukładany, ze ściśle wytyczoną ścieżką kariery. Ja – z mieściny, o której Pan Bóg i diabeł zapomnieli, jakimś cudem prześlizgiwałam się na studiach z roku na rok, do bólu przeciętna, rozchwiana, roztrzepana.

Nasze spotkanie było zupełnie nieprawdopodobne, lecz to, że dostrzegłeś we mnie coś godnego zainteresowania – jeszcze bardziej. A Twoja chęć związania się ze mną na stałe pachniała zupełnym absurdem.

Zastanawiam się, czy możliwe by było nasze małżeństwo, takie wieloletnie. Wciąż uważam, że nie. Że prędzej czy później bym Ci się znudziła. A tego się bałam najbardziej. Że urodzę Ci dzieci, zakopię się w pieluchach, zbrzydnę, przytyję. I wtedy odkryjesz nareszcie prawdę. Że mnie nie kochasz, nigdy nie kochałeś, że w gruncie rzeczy nie wiesz, co kiedyś we mnie zobaczyłeś.

Nie, ci staruszkowie z Ogrodu Saskiego to nie my za kilkadziesiąt lat. Zbyt wiele nas dzieliło. Mnie jednak bliżej do kredytu hipotecznego niż do gwiazd.

Choć nawet nie wiesz, jak mi z tego powodu przykro.

Płacząc w poduszkę, żałuję, że nie jest nam pisany wspólny los.

On nie mógł zostawić jej dramatycznego wyznania bez odpowiedzi… Sprawdźcie, co zarejestrowała Czarna Skrzynka.

I wróćcie, by przeczytać Jej kolejne refleksje:

List 5

Nareszcie się przyznałeś! A tyle czasu szukałam tego kubka, który przypominał mi najbardziej radosne momenty naszego związku. Różowy, ze złotą koroną, tak bardzo nie pasujący do mojego intelektualnego stylu – do moich długich plisowanych spódnic i obcisłych czarnych golfów, do moich krótko obciętych paznokci. Śmialiśmy się z kiczowatej korony i napisu „Queen of life” – ty podziwiałeś moją spontaniczność, ja gotowa byłam pójść na koniec świata, by udowodnić ci, że glob jest  w swej istocie przeogromnym placem zabaw. Zawsze, gdy dzieliłeś włos na czworo, gdy kwestionowałeś nasze wspólne szczęście, mówiąc, że przeminie, jak wszystko – ja brałam plecak, o piątej rano budziłam cię, byśmy wybrali się gdzieś, gdzie zachwyt odbierze ci mowę.

Zazdrościsz tym, których życie nie jest wielkim znakiem zapytania. Wiesz, że ja też? Nie wiem, czy nauczyłam się tego od ciebie, czy było to we mnie zawsze, lecz moją największą wadą jest pytanie samej siebie, czy to, co widzę, nie jest złudzeniem.

Wiesz, może masz rację, że można te nasze teorie wyrzucić do kosza. Słowa, które ranią, pozostawić niewypowiedziane. Nie zastanawiać się nad każdą czynnością, czy jest wyrazem miłości, czy też braku zaangażowania. Iść za rękę, dać się oblać miejskiemu hydrantowi, śmiać się, bez obawy o sukienkę z jedwabiu i skórzane szpilki. Cieszyć się chwilą, doceniać, że została nam dana. I zaufać miłości, która, gdy się jej nie przeszkadza, rozkwitnie.

A my tak bardzo jej przeszkadzaliśmy. Wybacz. Sceny zazdrości, szukanie zapachu obcych damskich perfum na twoim kołnierzyku, wypatrywanie długich blond włosów na garniturze. Przeglądanie komórki, odkładanie jej, gdy wychodziłeś z łazienki, z bijącym sercem i potwornymi wyrzutami sumienia. Zarzucanie, że „mnie już nie kochasz”, gdy uścisnąłeś koleżankę, gratulując jej narodzin córki. Przeświadczenie, że nigdy na ciebie nie zasłużę, mimo twoich zapewnień, że jestem dla ciebie najważniejsza.

Ty z kolei, w swojej prostolinijności, nie potrafiłeś i nie chciałeś wciąż udowadniać, jak bardzo mnie kochasz. Wybuchałeś, podczas gdy ja coraz głębiej chowałam się w skorupę, w której ciemnym wnętrzu czułam się coraz bardziej bezwartościowa. Niewiele mogło mi wtedy pomóc, nawet nasze eskapady, które organizowałeś, zastępując mnie w roli organizatorki kolejnej podróży w nieznane.

Nic nie jest w stanie uleczyć serca, które nie wierzy w to, że ktoś jest w stanie pokochać bezwarunkowo. Nic go nie ukoi – dopóki nie zrozumie, że w istocie miłość jest wtedy, gdy nie kochasz ani po coś, ani pomimo czegoś – gdy jest towarzyszeniem w podróży przez życie, jego góry, doliny, ciemne lasy.

Przykro mi, że nie daliśmy żyć naszej miłości, że ją zabiliśmy. Przyznaję, że mój kuriozalny pomysł, na który pewnie wpadłam pod wpływem kretyńskich filmowych klisz: „zostańmy przyjaciółmi” był gwoździem do trumny naszego uczucia. Przyznaję, że gdy tobie się żaliłam i naciągałam na kolejne Tequila Grande w Mexican Barze, tym przy Barbakanie, w skrytości ducha porównywałam cię perfidnie z moim obecnym narzeczonym, zawsze na twoją niekorzyść.

Przykro mi teraz szczególnie. Znów jawisz mi się jako człowiek z krwi i kości, ktoś bardziej obecny w moim życiu niż wtedy, gdy czerwona mgła utkana z wściekłości, żalu, poczucia krzywdy, przesłaniała mi oczy i odbierała zdrowy rozsądek.

Za oknem świt, a za mną kolejna nieprzespana noc. Nie wiem, dlaczego to sobie znów robimy. Myślę jednak, że obojgu nam jest to potrzebne z jakiegoś, jeszcze nieznanego mi powodu. Może nasza miłość potrzebuje godnego pogrzebu?

List 6

Pytasz, czy nasze uczucie potrzebuje godnego pogrzebu? To bardzo trudne pytanie. Pytanie, na które nie znajduję teraz odpowiedzi. Wątpię, czy kiedykolwiek ją odnajdę. Moja lewa półkula – ta bardziej logiczna i analityczna – przyznaje Ci rację. Przecież nie da się uratować czegoś, co się już skończyło! Tak wielu próbowało i tak wielu się to nie udało.
Czy pamiętasz, jak wtedy zachwycaliśmy się tamtymi pięknymi budowlami z piasku na plaży w Ostii? Wymagały tyle pracy. Kunszttu. Wysiłku i pielęgnacji. I jak było nam żal następnego dnia, kiedyfale i wiatr zamieniły je w żałosne kupki piasku. To jest właśnie siła entropii.

Wszystko dąży do chaosu. Nicości. I nie ma takiej siły na świecie, która cudownie odwróciłaby ten nieubłagany proces.
Natomiast moja druga półkula mózgu – ta rzekomo odpowiadająca za myślenie abstrakcyjne – nie może się z tym pogodzić. Od pierwszego dnia po naszym rozstaniu podsuwa mi nieustannie chaotyczne obrazy z naszej wspólnej przeszłości. Jakby ktoś pomieszał slajdy w starodawnym rzutniku, który teraz wyświetla przeźrocza w zupełnie przypadkowej kolejności. Na jednym rozchlapujemy wodę przy zabytkowej fontannie u wejścia do Parku Kazimierzowskiego i wciąż w uszach słyszę Twój radosny
śmiech. Na innym zaś płaczesz siedząc na schodach kościoła Wszystkich Świętych przy Placu Grzybowskim, bo zgubiłaś swój łańcuszek ze złotym serduszkiem, który nosiłaś od zawsze. Miałaś osiem lat, kiedy Twój tata podarował Ci go i nigdy się z nim nie rozstawałaś. Kiedy przyszedłem, siedziałaś obejmując ramionami kolana, a makijaż z Twoich oczu spływał Ci po policzkach rzeźbiąc dwie ciemne smugi. Albo zupełnie bez kontekstu. Idziesz chodnikiem wzdłuż Marszałkowskiej, a Twój wydłużony cień
tak zabawnie załamuje się na ścianach mijanych kamienic.
Zanim Cię poznałem Warszawa była dla mnie bezbarwna, ponura i nijaka. Obca. Odstręczająca. Wręcz makabryczna. Te wszystkie miejsca, w których stracono tak wielu ludzi. Na każdej ulicy. Na każdym skwerze. Niemal na każdym kamieniu. Tu dwudziestu. Tam stu osiemdziesięciu. A na Górczewskiej osiem tysięcy!!! W jednym miejscu. Czasami idąc ulicami czułem się jakbym popełniał świętokradztwo. Jakbym chodził po grobach. Jakbym stąpał po tych wszystkich ludziach…

Dzisiaj znów mi się śniłaś. Jak dobrze wiesz, nigdy nie przykładałem wagi do znaczenia snów,
ale tego jednego nie potrafię sobie wytłumaczyć. Właściwie powtarza się niemal co noc. Jest tak realny, że potem długo w dzień nie mogę o nim zapomnieć. W tym śnie idziesz ulicami Warszawy, a ja z sercem ściśniętym jakimś niewytłumaczalnym lękiem podążam za Tobą. Uciekasz mi. Zwodzisz. Nigdy nie widzę Twojej twarzy. Tylko Twoja sylwetka.Od tyłu. Skąd wiem, że Twoja? Nie pytaj, po prostu wiem! Pojawiasz się na ułamek sekundy, by zaraz zniknąć za rogiem jakiejś kamienicy. A kiedy dobiegam, Ty jesteś już daleko. W oddali. Znikasz w tłumie.
Znów Cię widzę, przyspieszam kroku, ale nigdy nie mogę doścignąć.

To zabawne, ale zawsze uciekasz tą samą drogą. Krakowskie Przedmieście. Nowy Świat. Plac Trzech Krzyży. A potem w dół Skarpy ku Wiśle. I zawsze znikasz mi na schodach prowadzących do Parku Rydza-Śmigłego. Jeszcze widzę Cię przez chwilę, jak odwracasz twarz w moją stronę i… nie ma Cię. Rozpłynęłaś się w powietrzu.

A ja stoję przy balustradzie i z sercem bijącym jak młotem, wypatruję Cię na parkowych alejkach. I wtedy budzę się… Prawda, że to bardzo dziwny sen?
Wiesz, od jakiegoś czasu „odprawiam” ten sam rytuał. Każdego dnia wracając z pracy, idę na
te schody – tam, gdzie znikasz w moim śnie i oparty o kamienną balustradę, obserwuję spacerujących
ludzi. Bawiące się dzieciaki. Zakochane pary szukające odosobnienia. Nowożeńców podczas sesji
zdjęciowych. Matki pchające wózki. Staruszków siedzących na parkowych ławeczkach.

Codziennie.
Bez względu na pogodę.
Zawsze pełną godzinę. Od siedemnastej do osiemnastej.

Bo wierzę.

Że przyjdziesz….

Nie wiem już, co się ze mną dzieje… pod wpływem Twoich listów zmieniam się. Mam wrażenie, że wszystko, w co do tej pory wierzyłam, ta cała pewność, że nie jesteśmy dla siebie stworzeni – bo przecież zadajemy sobie ból – to wszystko nagle odeszło w niepamięć.

Patrzę na mojego narzeczonego – nie czuję do niego tego, co czułam do Ciebie. To pewne. Tak, przyjaźnimy się, tak, jestem przy nim bezpieczna, tak, widzę w jego oczach miłość.

Lecz na wspomnienie naszych spacerów Senatorską, Miodową, naszych małych radości, naszych wzruszeń i namiętności, szaleństw pod Fontannami, rozmów do północy w Ogrodzie Saskim – obcowanie z nim wydaje mi się miałkie, nijakie.

Nie wiem, po co Ci to piszę – czuję, jakbym nie ja sobą sterowała, tylko jakaś emocja, jakaś tęsknota uparcie pchała się na pierwszy plan. To ona każe mi się zrywać na dźwięk powiadomienia, że czeka na mnie w skrzynce nowy list. To ona nie pozwala mi się skupić na pracy, przerywa mi w pół słowa miłosne wyznanie, gdy, zwyczajowo, mam je wypowiedzieć. „Ja też cię kocham” nie chce mi już przejść przez gardło, gdy przyszły mąż zapewnia mnie o miłości. Tak nie powinno być, coś się wydarzyło, co sprawia, że nie mogę spać, ani jeść, ani myśleć spokojnie o tym, że za chwilę zostanę żoną – nie Twoją.

Czuję się jak ważka, złapana w kroplę żywicy. Nie potrafię wykonać żadnego kroku, choć wokół mnie złote przestrzenie, świetlana przyszłość. Mama znów do mnie dzwoniła, gratulując wspaniałego małżonka. Dasz wiarę? On jej śle kwiaty na imieniny. Wymarzona partia.

A mi się chce płakać. Wiem, że gdybyś się nie odezwał, wszystko byłoby o wiele prostsze. Trochę mi pokomplikowałeś, wiesz? Nawet nie o to chodzi, że tęsknię – choć również. Nie chodzi o to, bym chciała być znów z Tobą – za dużo już mogło upłynąć wody w Wiśle, za wiele bólu sobie zadaliśmy. Rzecz w tym, że teraz nie jestem pewna, czym jest miłość, po prostu. Czy kiedykolwiek kochałam Krzyśka, czy też pragnęłam stabilizacji? Czy był on ucieczką od tego, czym Ty mnie obezwładniłeś? Może wyjściem awaryjnym, schronieniem się przed uczuciem, które zbyt mnie haratało?

Może te pytania powinny zostać bez odpowiedzi… Może powinnam usunąć nasze listy, zapomnieć o nas, dać wreszcie spocząć przeszłości tam gdzie jej miejsce, zakopać wspomnienia w najgłębszych zakamarkach umysłu, skąd ich nie wydobędę nawet podczas najczarniejszej z nocy.

Może sama będę żałować mojej decyzji – trudno. Nie jestem w stanie panować nad tym, czego pragnę najmocniej. Będę na miejscu.

Do jutra.

List 7

Najdroższy,

Wydawało mi się, że takie zwroty akcji przynależą do świata komedii romantycznych, że nie ma na nie miejsca w prawdziwym życiu.

Stało się. Gdy tylko Cię zobaczyłam na tle zachodzącego słońca, zrozumiałam, że uruchomiliśmy bieg wydarzeń, którego nie będziemy już w stanie zatrzymać. Wróciły wszystkie wspomnienia – ale inaczej. Dzięki Twoim listom znam Cię lepiej, niż gdy byliśmy parą. Niesamowite, jak wiele wtedy zdołaliśmy przed sobą ukryć – lęków, wątpliwości, wstydu. Byliśmy ze sobą, to prawda, lecz zabrakło nam odwagi, by dad się poznad takimi, jakimi jesteśmy naprawdę. Bywamy zagubieni, niepewni swego, często za bardzo skupieni na sobie, by móc z fascynacją odkrywać drugiego człowieka.

Tymczasem Twoje listy… najpierw mnie irytowały, potem sprawiały, że coraz lepiej rozumiałam Ciebie jako człowieka. Wiedziałam już, że tak samo jak ja, masz wiele wad i pod skorupą porządnego, ułożonego mężczyzny, kryjesz wulkan emocji. Zwierzyłeś mi się z tego, co kryjesz pod powierzchnią, a ja, zaskoczona, odkryłam, że nie jesteś idealny. Że jesteś taki sam jak ja – i tak samo się boisz.

Niesamowite, jak wiele związków opartych jest na udawaniu… czasem myślę, że te listy zadziałały na nas jak terapia. Gdy mamy przed sobą ekran komputera, łatwiej jest być szczerym, odsłonić serce, nieuzbrojone, pozbawione asekuracji.

Dziękuję Ci za te słowa pisane uczuciem. Więcej w nich było Ciebie niż w naszych rozmowach, w których oboje skrywaliśmy to, co najważniejsze, a co i tak znajdowało ujście, wykrzyczane z bólem.

A teraz, gdy trochę ochłonęłam, mogę nareszcie podziękować Ci za ten wieczór. Nie wiem, co Cię podkusiło, gdy zaproponowałeś, byśmy znowu weszli na TEN dach przy ulicy Rybaki. Szczerze mówiąc, gdy powiedziałeś, w którą stronę zmierzamy, już wiedziałam, że będę pisać do Ciebie te słowa. Bardzo chciałam już wtedy wziąć Cię za rękę, wymazać z pamięci ostatnie dwa lata… rozpocząć w miejscu, w którym wtedy skończyliśmy. Gdy siedzieliśmy razem, patrzyliśmy na dachy kamienic i katedry świętego Jana, najbardziej na świecie marzyłam, byś mnie przytulił, pocałował, wziął w ramiona. Powiedział, że wszystko będzie dobrze. Choć jednocześnie ceniłam wtedy Twój dystans. Wiedziałam, że przeżywasz to samo co ja – tak Ci się uroczo język plątał, a ręce drżały. Twoje spojrzenie mówiło wszystko – jak zawsze, wydawało mi się, że tonę w Twoich szafirowych oczach.

Nie wiem, czy nasz pociąg już nie odjechał, czy nie jesteśmy spóźnieni. Jesteśmy inni niż wtedy, to fakt. Może lepsi, może przeciwnie – zbytnio pozbawieni złudzeń, by móc wierzyć w powroty. Nie wraca się dwa razy do tej samej rzeki, zawsze powtarzałam koleżankom. Tymczasem mam ochotę wrócić – a nawet skoczyd na główkę, mimo braku pewności, że skoczysz ze mną.

Wczoraj zerwałam zaręczyny. Nawet nie było mi smutno, choć serce się mi krajało na widok miny mojego narzeczonego. W gruncie rzeczy to porządny chłopak. Ale nie dla mnie. Z ulgą zdjęłam pierścionek, który ostatnio mnie bardzo uwierał.

Wyprowadziłam się, chwilowo mieszkam w tym hostelu przy Miodowej, by być bliżej naszych wspomnieć. Nie wiem, czy nie tracę zbyt dużo, stawiając wszystko na jedną kartę. Lecz konformizm to nie jest cecha, z którą kiedykolwiek było mi do twarzy.

Klamka zapadła, zostawiam za sobą ostatnie dwa lata, klucz wrzucam do studni. Zamykam oczy, skaczę.

Przyjdziesz?

Najdroższa!

Kiedyś usłyszałem dziwne słowa, których sensu nigdy nie rozumiałem… Że każdy człowiek ma

na świecie taką jedną, jedyną osobę, dla której w jednej chwili porzuciłby całe swoje dotychczasowe

życie i najbliższą rodzinę. Albo najbliższych przyjaciół. I żeby się z nią spotkać, pojechałby choćby na

koniec świata. Bez namysłu. Bez zastanowienia.

Teraz już rozumiem. Wszystko rozumiem…

Dla mnie Ty jesteś tą osobą!

 

EPILOG – pisany z Waszą pomocą i dzięki sugestiom, które pozostawiliście w Czarnej Skrzynce i Pełni:

Jednak, ku jej zdziwieniu, nie przyszedł na Miodową… Dlaczego? Wyjaśnia w kolejnym liście:

List 8

Muszę Ci się do czegoś przyznać! Mimo że w moich poprzednich listach robiłem wszystko, aby tak było, jednak nie udało mi się być z Tobą w stu procentach szczerym. Jest mi z tego powodu niezmiernie wstyd! Ale jak zaraz sama zobaczysz, nie mogłem tego zrobić. Po prostu nie mogłem.

Dlaczego?

Bo wtedy jeszcze nie byłem na to gotowy.

Teraz właśnie jest dobry czas. Nigdy nie będzie lepszego.

Otóż niedługo po naszym ostatecznym rozstaniu… wpadłem w depresję. Teraz wiem, że to było właśnie to. Wtedy desperacko broniłem się przed nazwaniem rzeczy po imieniu. Wmawiałem sobie, że mam po prostu doła. Albo wahania nastroju. Albo chandrę. Wszystko inne, tylko nie depresję!

Bo nigdy nie wiesz, że ją masz. To nie jest tak, jak z bólem zęba. Albo grypą. Że boli. Że coś czujesz. Że są jakieś symptomy. Albo objawy. Nic z tych rzeczy.

Depresję można porównać do… blackoutu w dużym mieście. Do takiego Nowego Yorku. Paryża. Albo Warszawy. Zwłaszcza Warszawy. Bo dla mnie jej nocna panorama jest chyba najpiękniejszym widokiem na świecie. Tętni życiem, pulsuje, mieni się feerią świateł i kolorów. Zawsze dawała mi siłę do życia, zmuszała do działania i sprawiała, że mogłem oddychać pełną piersią.

Ale któregoś dnia przychodzi taka noc, kiedy coś się zaczyna dziać. Jeszcze tego nie dostrzegasz. Tak, jak nie dostrzegasz, kiedy gasną najdalsze dzielnice miasta pozbawione prądu. Potem kolejne. I kolejne. Coraz bliżej Centrum. Coraz bliżej ciebie. W końcu widzisz tylko nieliczne światła w nielicznych oknach. A potem gasną i one. Twój cały świat kurczy się najpierw do twojego mieszkania. Jeszcze tylko w nim jest trochę energii. Jest prąd. Jest światło.

Ale to jeszcze nie koniec. Światła nieubłaganie gasną. Zostaje już tylko samotna żarówka w twoim pokoju. Ale i ona zaczyna przygasać. Potem masz już tylko małą świeczkę przy twoim łóżku, które zastępuje ci cały świat. I tylko nadludzkim wysiłkiem próbujesz jeszcze ratować ten wątły, chybotliwy płomień przed całkowitym zgaśnięciem. Przed całkowitym mrokiem.

Po Twoim ostatnim liście ten mrok, który okrywał mnie do tego dnia, zaczął nagle rozpraszać się. Źródło prądu znów zaczęło działać. Wróciła energia. Światła znowu zaczęły się zapalać.

O Boże! – mówię do siebie na głos! Moja kochana czeka na mnie! Tylko na mnie. Myśli o mnie! Właśnie teraz. W tej chwili. W tej samej, kiedy ja myślę o Niej! Chryste! Już nie jestem sam. Nigdy więcej.

Jestem! Żyję! Czarna zasłona opadła. Zniknęła. Nie ma jej! Rozpadła się na miliony kawałków i odfrunęła jak stado nietoperzy do jaskini przed świtem.

Wiesz, dzisiaj rano mijałem małego chłopca. Miał jakieś pięć, sześć lat. Szedł ze swoim ojcem. Do pobliskiego przedszkola. Chłopiec przebrany był w strój Supermana. Był najszczęśliwszym malcem na świecie. Pędził do przodu z ręką wyciągniętą przed siebie i z rozwianą peleryną, krzycząc na całe gardło:

– Jeeesteeem Supeeermeeeneeem!!!

Pewnie wyda ci się to śmieszne, ale tam – na tej osiedlowej ulicy – miałem nieodpartą ochotę przyłączyć się do… niego! Jakże go rozumiałem! Całym sobą czułem, jak on się czuje. Jak się czuje człowiek, którego wprost rozpiera nadludzka energia. Który wie, że może wszystko. Że nie ma na świecie takiej siły, która by go powstrzymała. Przed czymkolwiek.

Wiesz, jest takie głupie przysłowie, że nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki! Może to i prawda w przypadku rybaków albo wędkarzy, ale w przypadku związku pomiędzy dwojgiem ludzi jest już kompletnie nietrafionym porównaniem. Bo zawsze trzeba dawać sobie szansę. Po raz wtóry. I trzeci. I dziesiąty! Jeśli tylko tak trzeba. Jeśli tylko tak dwoje ludzi mogą znów być szczęśliwi.

Dlatego postanowiłem, że skoro dane nam było zacząć jeszcze raz, tym razem nie zmarnuję tego daru! Bo jak nikt, zasługujesz na to. Na coś specjalnego. Na coś wyjątkowego. Coś tylko dla Ciebie. Ode mnie.

Nie, nie przyjdę do tego hostelu na Miodową. Mam lepszą propozycję! Zacznijmy dokładnie w tym samym miejscu, w którym tak niefortunnie zakończyliśmy. To będzie doskonała okazja do zamknięcia tego rozdziału w przeszłości i otwarcie nowego rozdziału. Naszego rozdziału.

Zapraszam Cię do tego mieszkania, które przed rozstaniem wspólnie wynajmowaliśmy.

Czeka tam na Ciebie niespodzianka. (*)

 

(*) Klucze do mieszkania znajdziesz w naszym sekretnym miejscu – mam nadzieję, że jeszcze o niej pamiętasz! 😉

       

Ach, nie chce mi się wierzyć, z jednej strony to piękne, lecz z drugiej – trochę przerażające, że oto uratowałam komuś życie.

Nie miałam pojęcia, że tak bardzo Ci było źle. Łzy same napływają mi do oczu, bo przecież nic wielkiego się nie stało – rozstaliśmy się, lecz czy może to być powodem tak wielkiego smutku?

Byłam przekonana, że depresja dopada ludzi, którzy przeżywają tragedię, wiesz, taką prawdziwą. Przychodzi mi do głowy śmierć dziecka czy najbliższej osoby, z którą spędziło się pół życia.

Ten mrok, o którym piszesz, wydaje mi się czymś tak potwornym, że najchętniej przybiegłabym do Ciebie już teraz, natychmiast, otuliła Cię ciepłym kocem, rozgrzała kubkiem kakao – jak dzieciaka, które zgubiło się w Wielkim Mieście. I nigdy nie wypuściła już ze swoich ramion.

Zagubieni byliśmy oboje, krążyliśmy po tej naszej wspólnej Warszawie, co chwilę starając się uchwycić zapach i smak dawnych chwil. Wracając z pracy przez Mariensztat  wstępowałam do tej lodziarni, w której zawsze są kolejki i brałam trzy gałki lodów malinowych – pamiętając, jak się ze mnie śmiałeś, gdy czerwona słodka ciecz spływała mi po rękach. Wydawało mi się, że słyszę Ciebie gdzieś obok, że twój radosny śmiech unosi się w powietrzu. Zerkałam przez ramię – zawsze okazywało się, że złudzenie uparcie nie chce się stać rzeczywistością.

A teraz żyję naszym spotkaniem. Siedzę w hostelu i gapię się w sufit. Ze ścian odchodzi farba, staram się jej nie zdrapywać, choć ręce chcą znaleźć zajęcie, gdy głowa rozmyśla nad wagą podjętych decyzji.

Nie wiem, czy mogę rozjaśnić Twój mrok już na zawsze, czy zdołamy zacząć od tego miejsca, gdy byliśmy najszczęśliwsi. Czy damy radę przewinąć taśmę właśnie do tych momentów, gdy razem przeskakiwaliśmy kałuże, za nic robiąc sobie zgorszone spojrzenia porządnych warszawiaków, z trudem łapiących tramwaj do pracy?

Wiesz, ja też byłam przeświadczona, że nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki. Dlatego tak trudno mi się było przełamać, trudno uwierzyć, że zacząć od nowa można… tak prosto.

Co chwilę brzęczy mi komórka, moja mama nie daje za wygraną. Jest przeświadczona, że popełniam największy błąd mojego życia. A ja myślę, że właśnie teraz dojrzałam do pełnego wzięcia za siebie odpowiedzialności. Do świadomych decyzji, takich z serca, ale i z rozumu. Bo lepiej zakosztować prawdziwej miłości, nawet gdy będzie bolało. Bo przed upadkiem znów polecimy. A może nigdy już nie spadniemy?

Pamiętasz Korę? Puszczałam do znudzenia jej kasetę, gdy przemierzaliśmy latem trasę do Kazimierza i z powrotem. Pamiętasz?

„Mam tylko jedno skrzydło

To prawie tak jak anioł

A ty masz skrzydło drugie

Rośnie u Twoich ramion

Gdy staniesz przy mnie blisko

I mocno mnie przytulisz

Bez trudu popłyniemy

Prosto w wysokie chmury”

Za oknem noc, ciepły deszcz stuka o parapet. Rozbita latarnia nie chce świecić. Nie szkodzi.

Jutro się pakuję i oddaję klucze. Będę u Ciebie przed siedemnastą. Klucz znajdę – tam, gdzie zawsze :).

 

KONIEC

Serdecznie dziękujemy Wam za wszystkie komentarze, dobre rady i gratulacje. Ten projekt był naszym pierwszym wspólnym, lecz na pewno nie ostatnim.

Wszelkie uwagi, sugestie, opinie, chętnie przyjmiemy – wiecie, gdzie nas znaleźć :).

Pozdrawiamy,

Pełnia i Czarna Skrzynka



68 komentarzy

  • W@rszawa pod ich stopami - Czarna Skrzynka - Historie nieopowiedziane

    […] Trochę mnie zaskoczyłeś tym listem. Odpisuję dopiero teraz, po tygodniu, bo sama nie wiem, co o … […]

    Odpowiedz
  • Natalia

    Uwielbiam czytać takie teksty z taka dokładnym opisem…czuje się wtedy jak postac z czytanej ksiazki. Utożsamiam się z nią:)

    Odpowiedz
    • Małgosia

      Bardzo się cieszę, że wchodzisz w naszą historię – dla pisarzy to największy komplement :).

      Odpowiedz
  • Luk Art

    Wciągnęło mnie! Czekam na więcej. 🙂

    Odpowiedz
    • Małgosia

      Cieszę się i zapraszam 😊.

      Odpowiedz
  • Agata

    Dobrze się czyta tą samą historię z dwóch różnych perspektyw. Dobry zabieg.

    Odpowiedz
  • Justynakarolak

    Wspaniały projekt, Małgosiu – gratuluję Tobie i Damianowi :). Będę śledziła Wasze literackie listy z olbrzymią ciekawością – dziękuję, pozdrawiam :).

    Odpowiedz
    • Małgosia

      To ja dziękuję, Justynko, za to, że przeczytałaś i zostawiłaś po sobie miły ślad 😊.

      Odpowiedz
  • Maciej

    Czekam na ciąg dalszy 😉

    Odpowiedz
  • Aldona

    Bardzo fajnie, że dzięki Wam można zerknąć na tę historię z męskiej i damskiej perspektywy, które czasami są tak różne… Czekam na cd
    🙂

    Odpowiedz
    • Małgosia

      Zapraszamy do zaglądania, ciąg dalszy już niedługo 😊.

      Odpowiedz
  • Aldona

    No, naprawdę fajny pomysł. Ciekawe, jakie będą różnice w postrzeganiu tych samych zdarzeń 🙂

    Odpowiedz
  • Kasia

    Jaka ciekawa inicjatywa! Lubię takie niesztampowe pomysły 🙂

    Odpowiedz
    • Małgosia

      Dziękuję :). Bardzo lubię eksperymentować, cieszę się, że udało mi się znaleźć kogoś, kto podjął wyzwanie :).

      Odpowiedz
  • Patrycja

    wspaniały projekt!

    Odpowiedz
  • RaveN

    Nie mogę się doczekać kolejnych części! Jestem mega ciekawa co wyniknie z tej wymiany listów. Pozdrawiam i zapraszam do mnie: http://wenairaven.dgdev.pl

    Odpowiedz
    • Małgosia

      Cieszę się i zapraszam na kolejne spotkanie z naszą parą 😊.

      Odpowiedz
  • Anszpi

    Z niecierpliwością czekam na dalszą część. Czyta się to tak przyjemnie i płynie, aż nie chce się kończyć

    Odpowiedz
  • Gusia

    Wspaniała inicjatywa! 😉

    Odpowiedz
    • Małgosia

      Dziękuję w imieniu swoim i współautora 😊.

      Odpowiedz
  • Agnieszka

    Intrygujący pomysł!

    Odpowiedz
  • Stacja Książka

    Bardzo ciekawy projekt, takiej wymiany listów na dwóch blogach. Super oboje piszecie. Będę zaglądać 😉

    Odpowiedz
    • Małgosia

      Dziękuję w imieniu swoim i Czarnej Skrzynki 😊.

      Odpowiedz
  • Monika Wysocka

    Świetna inicjatywa!! uwielbiam to co pisze Czarna Skrzynka. 🙂 Ciebie nie znałam, więc teraz mam okazję poznać. Tylko mam wrażenie, że to odsyłanie z bloga na blog trochę przeszkadza. Może jakiś inny pomysł na publikowanie tych treści?

    Odpowiedz
    • Małgosia

      Moniko, Myślimy intensywnie nad innym sposobem, bo im dłuższa ta historia, tym będzie większy problem 😊. Jeśli ktoś z Czytelników ma jakiś pomysł, chętnie przygarnę 😊.

      Odpowiedz
  • Mototato

    Super. Nie sądziłem, ze moge az tak sie wciągnąć…

    Odpowiedz
    • Małgosia

      Cieszę się i zapraszam po więcej 😊.

      Odpowiedz
  • paulina

    Genialny pomysł 🙂 Listy czyta się z zapartym tchem, czekam na kolejne.

    Odpowiedz
    • Małgosia

      Cieszę się i zapraszam do dalszego śledzenia naszej historii 😊.

      Odpowiedz
  • Witold

    Witaj Gosiu, jestem pod wielkim wrażeniem pomysłu, to prawdziwy blog od serca. Cieszę się, że zgłosiłaś go do konkursu. Jestem pewien, że osiągnie on szczyty.
    Ten turkus nadaje mu charakteru silnej zdecydowanej, jednak o wielkim sercu, kobiety a wyszukana delikatność słów to potwierdza.
    Interesująca współpraca daje nadzieję na dalsze ciekawe wpisy.
    Nie powinienem tego pisać, ale nie mogłem się powstrzymać. Trzymaj tak dalej.

    Odpowiedz
    • Małgosia

      Serdecznie dziękuję za bardzo miłe słowa. Pozdrawiam ciepło.

      Odpowiedz
  • Aleksandra

    Bardzo podoba mi się taki “eksperyment literacki” i to z Warszawą w tle. <3

    Odpowiedz
  • swiat karinki

    Bardzo fajny cykl czytałam już post u czarnej skrzynki 🙂

    Odpowiedz
  • TosiMama

    Wciągająca historia… ma się ochotę na więcej!

    Odpowiedz
  • Aneta

    Bardzo interesujący projekt i interesujący styl. Czyta się bardzo szybko, a całość wciąga i aż się prosi o więcej. 🙂

    Odpowiedz
  • Michał

    Wyśmienicie się czytało! Już zapisuję sobie blog do obserwowania 🙂

    Odpowiedz
    • Małgosia

      Cieszę się, zapraszam serdecznie 😊.

      Odpowiedz
  • Antonina

    Świetne! Aż chciałabym przeczytać dalszy ciąg!

    Odpowiedz
  • Luiza

    Ciekawy pomysł, który wyszedł genialnie 😉

    Odpowiedz
  • Ania

    Piękny kawałek prozy. I ogólnie świetny pomysł!

    Odpowiedz
  • Olga Kłos

    Piękne, emocjonalne listy – doskonale się je czyta. 🙂

    Odpowiedz
  • Daria

    Ja również jestem fanką przedstawiania jednego wydarzenia z różnych perspektyw, opowieść staje się wtedy taka… głębsza 🙂

    Odpowiedz
    • Małgosia

      Na tym nam zależało 😊.

      Odpowiedz
  • Hanna

    Bardzo ciekawy eksperyment, fajne ujęcie z dwóch punktów widzenia, kroi się niezła historia 🙂

    Odpowiedz
  • Nati testuje

    Bardzo ciekawa i wciągająca historia – aż chcę poznać ciąg dalszy tej relacji 🙂

    Odpowiedz
  • Daria Pieczonka

    Świetne !

    Odpowiedz
  • Natalia

    Znam Czarną Skrzynkę i również byłam wzruszona nie raz. Świetny pomysł!

    Odpowiedz
  • Aldona

    Dziękuję za kolejny odcinek 🙂 I jak zwykle czekam z utęsknieniem na ciąg dalszy 🙂

    Odpowiedz
    • Małgosia

      Zapraszam, już niebawem kolejny odcinek i finał naszej historii 😊.

      Odpowiedz
  • Globfoterka

    Naszła mnie pewna refleksja. Szkoda, że ludzie nie piszą do siebie listów. Mój były też pewnego dnia odezwał się zupełnie niespodziewanie i nasza historia wyglądała podobnie jak ta, którą Wy stworzyliście.

    Odpowiedz
    • Małgosia

      Ojej, naprawdę? To intrygujące, co piszesz. I budujące 😊. Lubię trzymać się w twórczości blisko prawdy psychologicznej. Pozdrawiam serdecznie.

      Odpowiedz
  • Aleksandra

    O, wow, ale się ten projekt rozkręca! 🙂 I fajnie się go czyta :).

    Odpowiedz
    • Małgosia

      Dzięki! Niedługo koniec – i już mi smutno 😕.

      Odpowiedz
  • Karolina

    Super pomysł, ciekawa współpraca, chętnie się zapoznam 😉

    Odpowiedz
  • Asia

    Fajny pomysł i ciekawa współpraca. Teksty też mi się podobały.

    Odpowiedz
  • swiat karinki

    Uwielbiam czytać te Wasze listy <3

    Odpowiedz
  • Marzena

    Przez kilka lat sama pisałam opowiadania, ale na chwilę obecną po prostu brakuje mi na to czasu. Tobie życzę dużo weny twórczej i wytrwałości, bo to też jest potrzebne 🙂

    Odpowiedz
    • Małgosia

      Marzena, wytrwałość i dyscyplina nawet ważniejsze od weny ☺️.

      Odpowiedz
  • Books My Love

    powinniście napisać książkę 🙂 cudownie się Was czyta i czeka co bedzie dalej 😀

    Odpowiedz
  • Magi

    Zaczytuje sie w tych listach.

    Odpowiedz
  • Krzysztof Wolf

    Powieść epistolarna to nie jest mój konik i niestety nie miałem czasu przeczytać całości, ale sposób napisania tych listów jest bardzo zacny. Może kiedyś zapoznam się z całością 🙂

    Odpowiedz

Zostaw komentarz

Accessibility
Font Resize