Refleksje

Wszystkoizm – geneza, objawy, sposoby leczenia

Wszystkoizm to przypadłość charakteryzująca się patologiczną ciekawością świata. Osoba dotknięta tym wirusem z dużym zainteresowaniem pochłania mnogość informacji z możliwie wielu dziedzin i niezwykle żywo na nie reaguje.

Jako jedna z osób mających za sobą długą i bogatą historię zmagania się z tą przypadłością, jestem świadoma jej niewątpliwych zalet, ale i wad. Wirusa złapałam w domu rodzinnym, w którym normalne było przerzucanie się stolicami państw przy niedzielnym obiedzie, a czytania nauczyłam się w wieku pięciu lat, podpatrując zmagania szkolne siedmioletniego kuzyna. Potem już poszło – Baśnie Andersena w wieku lat sześciu, lektura sióstr Bronte w wieku dziesięciu, silna krótkowzroczność, czytanie w łóżku w świetle lampy ulicznej, gdy rodzice byli przekonani, że smacznie śpię. Zmęczona i śpiąca szłam na lekcje, gdzie z łatwością pochłaniałam wiedzę. Dowiadywanie się nowych rzeczy było dla mnie w szkole podstawowej przyjemnością. Jeśli kojarzysz ze swojej podstawówki dziewczynkę z odznaką wzorowego ucznia, dwoma warkoczykami, zawsze przygotowaną do zajęć i niezwykle przemądrzałą – może była to podobna do mnie mała ciekawska duszyczka. Bardzo mnie irytowało nazywanie mnie kujonem, bo w domu odrabiałam tylko zadania pisemne, wszystko, czego potrzebowałam do zaliczania sprawdzianów wynosiłam ze szkoły.

Naprawdę lubiłam sobie sklejać wiedzę o świecie z kawałków puzzli, które oferowały mi książki i szkoła. Autentycznie cieszyłam się na każdy nowy jej fragment, fascynowało mnie wiele dziedzin. Oczywiście, towarzysko byłam spalona. Szczególnie po wypowiadanych na głos opiniach, że nie rozumiem, jak można pisać ściągi, skoro dużo wygodniej jest się po prostu na sprawdzian nauczyć.

Taka byłam stara maleńka, na szczęście później mi przeszło. Zapał do nauki minął w liceum, wiadomo, wiek durny to i chmurny, bardziej pochłonęły mnie zmagania z kompleksami, akceptacją grupy, walka z nieśmiałością i tym podobne sprawy właściwe dla wrażliwych nastolatek.

Jak już okrzepłam w dorosłości, zaczęło się na poważnie. Wyścig z czasem, bo uświadomiłam sobie, że nie zdołam przeczytać wszystkich wartościowych książek w ciągu najdłuższego nawet życia. Internet niestety jeszcze bardziej mnie przygnębił. Nie da się zgłębić tego, co oferują współczesne możliwości pochłaniania wiedzy, jeśli się chce przy okazji żyć. Musiałam okroić zainteresowania do nauk humanistycznych, co , jak wiadomo, nie jest wcale najwęższym polem.

 

 

I tak oto doszłam do stadium dzisiejszego – czas na czytanie zawsze znajduję, lecz nie zawsze bywa to wartościowo spędzona chwila. Znacie clickbaity? Jestem niestety jedną z tych, którzy się zwykle na nie nabierają . Otóż nieraz zdarzyło mi się kliknąć na tytuł, który obiecywał fałszywie, iż połykając przynętę, dowiem się, jaki jest sposób na jednoczesne ugotowanie obiadu, zajęcie dwójki dzieci genialną zabawą przy użyciu jednej rolki papieru toaletowego oraz zrobienie się na bóstwo. Potem zwykle się rozczarowuję, dowiadując się, że oczywiście takiego sposobu nie ma. No cóż, zawsze powtarzam, że nie sztuką jest nabrać takiego naiwniaka jak ja.

Poza clickbaitami całkiem nieźle sobie radzę w sieci. Nie zajmuję się polityką, bo prędzej czy później ona i tak mnie dopada, nie czytam o chorobach oraz stadiach rozwoju moich dzieci – one i tak się dzieją, bez mojej o nich wiedzy, a buntu dwulatki nie da się przeoczyć. Udaje mi się powstrzymać, mimo zamiłowania do biologii i fizjologii, od kliknięcia w objawy zarażenia włośniem krętym. Przechodzę obojętnie obok fatałaszków, kosmetyków, butów. Nie wskakuję też na Pudelka, Kozaczka, Pomponika i tym podobne targowiska próżności.

Ale i tak ogrom informacji, które zewsząd nabywam, czasem mnie przytłacza. Robię sobie czasami urlopy od internetu, by sobie samej udowodnić, że nie stałam się ofiarą FOMO. Niestety, ciekawość to czasem zgubna przypadłość. Całe szczęście, że jako matka tak czy inaczej mam dwa ogromne zadania do wykonania w osobach córki i syna, które skutecznie nie pozwalają mi na ślęczenie godzinami przed ekranami komputera i smartfona.

Wszystkoizm to również ciekawość ludzi – ich motywacji, dążeń, pragnień, marzeń. Ich sposobu myślenia, szczególnie, gdy jest odmienny. Ich tricków, za pomocą których ogarniają rzeczywistość, ich emocji. Nie bez powodu, gdy byłam dzieckiem, miałam jedną fantazję, niemożliwą do zrealizowania. Nieraz przed snem marzyłam o tym, by stać się niewidzialną i znaleźć się w domu losowo wybranej koleżanki – podsłuchać, o czym rozmawiają inne rodziny, podpatrzeć ich zachowania.

Teraz nie mogę za wiele wychwycić z rozmów w metrze, bo większość z nas wpatruje się z tajemniczym uśmiechem w swoje telefony, po ulicach przemykamy szybko, zwykle w drodze z pracy i do pracy, w pociągach trudno zawrzeć znajomość, bo nie jesteśmy złaknieni kontaktów z nieznajomymi.

I znów sieć jest moim sprzymierzeńcem, gdzie poznawać się jakby łatwiej, korzystając z medium, które zarazem zbliża, lecz i tworzy bezpieczny dystans. W którym odkrywamy się, lecz zawsze mamy możliwość ponownego schowania. To sprzyja wszystkoistom, którzy tak jak ja mogą do woli przypatrywać się ludzkim losom. Marzenie o wkraczaniu do przygodnych domów zostało spełnione.

 

 Tak oto żyjąc w nowej rzeczywistości, w której tak łatwo dać się ponieść pasji wszystkoizmu, w której o wiele zręczniej i wygodniej ukryć ten nałóg pod płaszczykiem koniecznej obecności w sieci (znacie to? „nie ma cię na fejsie, nie ma cię nigdzie”) muszę sobie odpowiednio dawkować porcje wiedzy. Niestety bowiem nałóg ten bywa zgubny prawie tak samo jak inne –izmy, jeśli nie trzymamy go pod należytą kontrolą.

 

A czy Ty jesteś wszystkoistą?



8 komentarzy

  • Emilia

    Co prawda w podstawówce miałam kucyk, a nie dwa warkoczyki, ale miałam też ksywkę „Babcia”. Zgadnij dlaczego. A dzięki temu, że łatwo się „wkręcam” w nową wiedzę, to się poznałyśmy. 🙂 Leczyć czy nie leczyć – oto jest pytanie…

    Odpowiedz
    • Małgosia

      🙂 Witaj Babcia! To prawda, do końca wyleczyć się nie da, a nawet nie powinno. Lecz objawowo – to, co najbardziej doskwiera – czasem warto, by nie utonąć w morzu wiedzy. Pozdrawiam ciepło.

      Odpowiedz
  • Andrzej Kozdęba

    Jestem uzależnionym od informacji wszystkoistą. Od dziecka byłem. Chciałem i wciąż chcę wiedzieć wszystko. Oby tylko takie choroby istniały na świecie :).

    Odpowiedz
    • Małgosia

      Witaj w Klubie Andrzeju!

      Odpowiedz
  • zaniczka

    Internet zjada nam czas, bezczelnie i bez ostrzeżenia, dlatego ja staram się ograniczać sobie do minimum treści, które mnie nie interesują.

    Odpowiedz
    • Małgosia

      Niestety, internet nie sprzyja wszystkoistom ;).

      Odpowiedz
  • Klaudia

    Oj, chyba mam też wszystkoizm!!! WOW:) ALe nie zamierzam się z niego leczyć:) Nawet w profilu dotyczącym badania naszych talentów (Strengths Finder) mam INPUT – czyli taki ktoś, kto gromadzi WSZYSTKO właśnie – wiedzę, książki, a nawet rzeczy, które gromadzi w przepastnych archiwach. Dobrze, że istnieją ebooki, bo bym chyba utonęła w papierzyskach.

    Odpowiedz
    • Małgosia

      Dokładnie, ebooki to również dla mnie zbawienie; wzniosły mój wszystkoizm na wyższy poziom ;). I właśnie, myślę, że oprócz wszystkoistów niewiele osób wpada na pomysł badania swoich talentów ;). Klaudia, witaj w klubie!

      Odpowiedz

Zostaw komentarz

Accessibility
Font Resize