Refleksje

Powiedział mu wróżbita… a on go posłuchał :)

Są takie rzeczy na niebie i ziemi, które trudno poznać używając tylko szkiełka i oka. Są rzeczy, na które nasza zachodnia cywilizacja dawno, dawno temu zamknęła się z hukiem, uważając je za przesądy, niegodne intelektu rozwiniętych oświeconych krajów. Czy dużo na tym straciliśmy – trudno powiedzieć, być może gdzieś jest alternatywny wymiar, w którym czarownicy i szamani dalej żyją i uzdrawiają. My, tutaj, teraz, mamy do wyboru wiarę w gusła lub medycynę, zapełnianie marginesu społeczeństwa wraz z weganami, buddystami i rastafarianami lub uczestniczenie w jego głównym nurcie.

Do niedawna uważałam spojrzenie zachodnie za jedynie słuszne. Bo dobrobyt, bo medycyna ratuje życie, bo jest czysto, schludnie, higienicznie… jest dobrze, skoro wszyscy tak twierdzą.

Gdy oddycham smogiem, gdy moja skóra błaga o litość, gdy wycina się jak kraj długi i szeroki drzewa trwające na tej ziemi tysiące lat, coraz częściej patrzę w kierunku Wschodu, który dłużej opierał się konsumpcyjnej pokusie, lecz który poległ i w niczym nie przypomina mitycznej krainy buddyjskich mnichów.

Uzmysłowiłam to sobie kilka dni temu, gdy wpadła mi przypadkowo w ręce książka Tiziano Terzaniego „Powiedział mi wróżbita” (nie ma przypadków?).

Ten włoski dziennikarz, wieloletni korespondent niemieckiego „Spiegla” i mieszkaniec Azji pewnego dnia usłyszał przepowiednię, która stała się pierwszym krokiem w niezwykłej duchowej podróży ku nowemu spojrzeniu na to, co dawno już zaczęliśmy uważać za oczywiste. Książka została wydana ponad dwadzieścia lat temu, opisuje rzeczywistość roku 1993, już wtedy zadając pytania, które obecnie nas dręczą ze zdwojoną siłą.

Wróżbita powiedział, że Terzani nie może pod żadnym pozorem korzystać z transportu samolotem, gdyż czeka go pewna śmierć. Wierząc w to i równocześnie powątpiewając dziennikarz tak zmodyfikował swoje zawodowe zobowiązania, by dostosować je do nowego trybu podróży, wodno-lądowego. Niczym żółw przemieszczał się z miejsca na miejsce tempem, o którym już dawno zapomniał – odczuwając każdy przesuwający się kilometr, obserwując zmienny krajobraz Azji. Był w Malezji, Indonezji, Tajlandii, Singapurze, Chinach, Indiach, wszędzie poszukując odpowiedzi na pytanie – wierzyć, czy nie wierzyć w to, co pozazmysłowe.

Odwiedzał po drodze tych, którzy cieszyli się sławą znakomitych jasnowidzów. Efekty bywały różne, czasem zaskakiwały trafnością, czasem trudno było mu się powstrzymać od śmiechu na wieść o zupełnie absurdalnych czynach, jakie mu przypisywano.

Z całej jego opowieści, będącej zbiorem esejów, pogłębionych reportaży, jako żywo przypominających Kapuścińskiego i jego czułość wobec bohaterów, wybrzmiewa nostalgia za czasami, w których człowiek i natura stapiały się w jedno. W których byliśmy integralną częścią otoczenia, a ten, kto nie szanował natury, ginął w jej sprawiedliwym, choć okrutnym świecie.

Teraz miejsce bezkresnych lasów singapurskiej dżungli zajęła betonowa pustynia, widoki zapierające dech w piersiach zastąpił smog, który skuteczniej przeszkadza oddychać. Można mnożyć przykłady, wyliczać jak litanię, recytować jak mantrę szkodliwe, krótkowzroczne wybory, które w istocie nam samym, gatunkowi homo (czyżby?) sapiens coraz bardziej utrudniają codzienną egzystencję, a przyszłość naszych wnuków czynią coraz bardziej niemożliwą do wyobrażenia.

Ironia polega na tym, że w latach dziewięćdziesiątych i na początku dwutysięcznych, gdy Zachód zaczynał się orientować w niebezpieczeństwach globalizacji, gdy Naomi Klein wieszczyła w „No Logo” i „Doktrynie szoku” kryzysy ekonomiczne, których świadkami byliśmy przed paroma laty, my tutaj, w obozie postkomunistycznym dopiero zaczynaliśmy lizać cukierki kapitalizmu przez papierek. Dziwnie się czyta refleksje Terzaniego, który smutno konstatuje, że już za chwilę cały świat odda pokłony bożkowi globalizacji, gdy wspominam powszechne zachłyśnięcie się nią i bałwochwalczy zachwyt pokolenia moich rodziców oraz mnie samej na wieść o pierwszych restauracjach McDonald’s – złotych łukach prosperity, mających pojawić się w kraju nad Wisłą.

Niczym spóźnieni goście z trudem dopchaliśmy się do pańskiego stołu, by wyjadać resztki – a potem ponieść solidarnie koszty całej imprezy na kredyt.

Teraz, gdy istnieje realne i namacalne niebezpieczeństwo, że wkrótce zabraknie nam tlenu do oddychania, bo wycinki, bo spalanie śmieci, bo tysiące oznak braku szacunku wobec środowiska, pragnę, by wróżbici bili na alarm, by księża głosili, by ludzie wyszli na ulice i krzyczeli ile siły w płucach – obudźcie się, bo innego końca świata nie będzie prócz tego, który sami sobie stworzymy.

Cieszę się, że książka nakłoniła mnie do refleksji, że zebrała w jedno to, co już dawno przeczuwałam – polecam każdemu, kto jest zatroskany przyszłością świata i kto choć raz z zaskoczeniem doświadczył rzeczywistości nie do odkrycia znanymi zmysłami.

A może jeszcze czeka nas inna przyszłość – staniemy ramię w ramię z naturą, zdołamy naprawić choć część tego, co napsuliśmy, zwrócimy oczy w kierunku harmonijnej równowagi? Co o tym myślisz?



4 komentarze

  • Emilia

    Czytałam! Też bardzo mnie poruszyła. A co do przyszłości naszej, a zwłaszcza naszych dzieci… coraz więcej osób zatrzymuje się w tym owczym pędzie, coraz więcej takich, którzy zauważają to, co Ty. To nie moda. To bardzo głęboka potrzeba. I wierzę, że ta potrzeba i związana z nią refleksja w końcu powolutku przemieni nasz świat…

    Odpowiedz
    • Małgosia

      Bardzo się cieszę, że potwierdzasz moje obserwacje. Może nie jest jeszcze za późno – oby :).

      Odpowiedz
    • Małgosia

      Dziękuję za ten komentarz, pięknie napisane.

      Odpowiedz
  • Ania

    Zdecydowanie coraz więcej osób próbuje uciekać od tego zgiełku, na wieś, na MAzury, Bieszczady czy inne jeszcze nie do końca oswojone przez człowieka miejsca.

    Odpowiedz

Zostaw komentarz

Accessibility
Font Resize